Zabawna? Nie ujęłabym tego w ten sposób. Urlop wychowawczy w pełnym wymiarze to czas udręki i ekstazy. Z pewnością każda kobieta, która ma za sobą taki urlop, tudzież urlopy, doskonale rozumie moje słowa. Chciałabym tylko nadmienić, że nazwa urlop nijak się ma do tego co kobieta podczas tych trzech lat musi robić. Bardzo mile wspominam ten czas. Moje życie zwolniło tempo. Zaczęłam żyć dokładniej. Nareszcie znalazłam czas na przeczytanie wszystkich książkowych zaległości i nowości, poza tym udało mi się poznać uroki tak zwanego dojrzałego macierzyństwa, czyli w moim przypadku mogę mówić o ekstazie. A gdzie udręka? Już tłumaczę. Podczas takiego “urlopu” dzień musi być podzielony na jednostki czasu, w których przykładna mama powinna wykonywać określone czynności, a każda zmiana sztywnego harmonogramu, nawet najmniejsza, powoduje niezadowolenie u malucha, który zwykle jest wielkim fanem schematu. Trzeba charakteryzować się silną wolą i odpornością na stres, żeby być zadowoloną z życia, gdy ma się mnóstwo obowiązków, które muszą być wykonane o odpowiedniej porze, nie wcześniej i nie później. Mnie podczas tego urlopu, mimo takiej dyscypliny, było po prostu dobrze. Zaczytywałam się książkami. Tak organizowałam sobie dni, żebym, gdy mój syn spał, miała czas dla siebie i książek. Czyli czytałam, czytałam, czytałam… Pewnego dnia wpadła mi w ręce pewna historia wojenna, piękna. Jednak, gdy przeczytałam tę książkę, poczułam pewien niedosyt, ponieważ autorka opisała wszystko, jakby w pośpiechu, wydało mi się, że niedokładnie i pomyślałam, że ja zrobiłabym to całkiem inaczej. Ta myśl obudziła we mnie potrzebę opisania pewnych scen i przeżyć, o których myślałam od dawna. Dlatego któregoś dnia podczas zwyczajowych zakupów w moim koszyku obok włoszczyzny, proszku do prania i wielu innych potrzebnych w domu sprawunków znalazły się bruliony w szeroką linię i czarne cienkopisy. Tak to się zaczęło… Na początku nikomu się nie przyznałam do tego, co robię. Kiedy zapisałam dwa pierwsze zeszyty, opowiedziałam o wszystkim mojej przyjaciółce i usłyszałam od niej tylko jedno, podekscytowane, pełne wiary w powodzenie słowo: “świetnie”. Ono mnie doprowadziło do końca pracy. Wciąż było przy mnie. Latem, gdy pisałam przed domem, jesienią w altance, a zimą w wiatrołapie mojego domu i sprawdzałam przez małą szybkę czy mój synek jeszcze śpi. To “świetnie” jest ze mną również teraz, a kiedy nawiedzały mnie chwile zwątpienia, było najlepszym lekiem.
Czy myślałam, że książka trafi do rąk czytelników? Chyba nie myślałam, chyba tylko o tym marzyłam, ale bojąc się, że wypowiedziane marzenia mogą się nie spełnić siedziałam cichutko i zapisywałam kolejne zeszyty, a jeszcze później zaczęłam współpracę z laptopem.