Tłumaczenie Virginii Woolf jest pracą niezwykle satysfakcjonującą, dlatego jeżeli pan pyta o trudności i kłopoty, to proszę mi pozwolić zacząć od radości. Bo jest to praca odkrywcza, wymagająca pewnego trudu w zakresie studiów nad literaturą. Trzeba nauczyć się ją czytać, co łączy się z wysiłkiem, ale z drugiej strony radość, gdy się okazuje, że to się jednak da napisać po polsku, jest wielka. Woolf jest pisarką trudną pod względem stylistycznym. Istota jej pisarstwa to nie tylko przebieg fabularny, ale również przebieg stylistyczny. Bardzo dużo tu zależy od języka, a pozbawione specyficznej formy, dynamiki, tonu – znika, zostawiając tylko martwe, niewiele znaczące fabularne preteksty. Jej utworów nie da się po prostu przepisać na historyjkę po polsku, bo historyjki jest w nich niewiele. Trzeba usłyszeć głos tej prozy i postarać się stworzyć go w polszczyźnie. Jak mi się wydaje, jak ufam, nauczyłam się słuchać tego głosu i może również nim mówić. Trudność polega też na tym, że mamy do czynienia z twórczością odległą w czasie, dlatego zwłaszcza w prozach z pogranicza prywatności, zapisu dziennikowego czy eseistycznego znajduje się masa rzeczy, których tłumaczka musi się po prostu dowiedzieć, znaleźć je, dotrzeć do nich zarówno na poziomie języka, jak i realiów życiowych. Niektóre opowiadania są tylko lekko zarysowane, są szkicem, ale pojawiają się w nich jakieś elementy wystroju wnętrza, sytuacji na ulicy lub też aluzje do wydarzeń dziejących się w Londynie w tamtym czasie. I tutaj musiałam różnymi drogami posprawdzać, o co chodzi – korespondowałam na przykład z szefem towarzystwa miłośników londyńskich taksówek – a następnie próbować w przekonujący i rzetelny sposób oddać te realia, które i tak na dobrą sprawę są nie do oddania. Niemniej trzeba zasygnalizować, że się wie i pokazać czytelnikowi, że też mógłby dowiedzieć się, co tak naprawdę dzieje się w tle .