Wszystko przeżywam w kontekście… nie chcę tego widzieć, bo kiedy zaczynam widzieć, ogarnia mnie przerażenie.
W tym domu, gdzie tyle pokoi, nie ma ani jednego mojego miejsca. Każdy ma swój pokój, ale nie ja. W sypialni śmierdzi z pralni i wieje od okna. Kiedy przyjadę, nie mam właściwie gdzie się położyć spać. Rano za zimno, żeby się myć, w piecu nienapalone, wszędzie bałagan, okna niepouszczelniane, rachunki niepopłacone od miesięcy. Kiedy śpię, śni mi się, że mnie okradają. Kiedy budzę się w nocy, nasłuchuję, czy jeszcze jest na podwórku samochód. Bramy nie da się zamknąć, nie ma światła, siatka podarta. Śmieci przed domem porozwlekane przez psy.
Dziewięć pustych pokoi, w tym za sypialnią – szczury. Słychać je, są pogryzione rzeczy. Wyłupana podłoga przy zlewie, a pod nią gnijące bajoro, pęknięta rura. Obok – pralka, bezużyteczna, wszystkie ubrania brudne, w ubikacji spłukuje się wiadrem.
Oto: upadek ducha.
A ja wciąż nie potrafię stanąć twarzą w twarz z tą rzeczywistością, ciągle bronię, na oślep, chyba przed samą sobą, tego, jakim go pamiętam sprzed kilku lat.