ModaiJa: Ostatni raz rozmawialiśmy w lipcu 2019. Wyznałeś wówczas, że szykujesz coś niezwykłego na rok 2020. Udało Ci się zrealizować zamierzone cele? Czy to, co obserwujemy w Twoich działaniach jest tym, co zamierzałeś zrobić?
Marcin: Ha! Wiem do czego zmierzacie swoim pytaniem i przewrotnie odpowiem – tak! (śmiech) Prawda jest jednak taka, że to, co zgotował mi rok 2020 jest czymś, czego nie planowałem i w najśmielszych wyobrażeniach mojej przyszłości, tamtego lipcowego popołudnia, nie przypuszczałbym, że wkrótce moje życie wywróci się do góry nogami. To, co do zeszłego roku było stałą w moim życiu, nagle przestało działać. Ta świetnie naoliwiona, rozpędzona perkusyjna machina, działająca bez zastrzeżeń od dwudziestu lat, wyhamowała tak nagle, że moje poczucie rzeczywistości przemieniło się w groteskowy spektakl absurdów. Miały być fanfary, celebracja dwudziestolecia działań scenicznych, piękne koncerty, trasa po 40 najlepszych klubach muzycznych w tym kraju, a los zafundował mi nadawane przez krążący wokół osiedla radiowóz nakazy zostania w domu. Pandemia pokrzyżowała moje muzyczne plany do cna. Straciłem jedyne źródło dochodów tak nagle, że początkowo wydawało mi się to oniryczno-sennym majakiem, ale gdy rozdzwoniły się kolejne telefony z kolejnymi odwołaniami zaplanowanych występów, nie było mi do śmiechu. Tylko i wyłącznie mój wrodzony optymizm pozwolił mi to przejść bezobjawowo. Uruchomiłem w sobie opcję : „przetrwać” i, nie myśląc o przyszłości, skoncentrowałem się na codziennym działaniu, na pewnego rodzaju wyzwaniu, które narzuciłem sam sobie. Z dostępnych pod ręką staroci zacząłem tworzyć maski i to one nadały mojemu życiu nowy rytm, którego dotąd nie znałem, i którego zawrotne tempo po dziś dzień jest dla mnie oszałamiające. Symbolikę liczb 2020: 20-lecie koncertowania i 40. urodziny przekułem zatem w projekt modowy – wystawę moich 40 kwarantannowych masek. I udało się!
No właśnie. Obserwowaliśmy z zapartym tchem jak w trakcie kwarantanny tworzysz zadziwiająco szybko kolejne niezwykłe nakrycia głowy i maski. Jak zwykłe przedmioty przemieniasz w dzieła sztuki, łącząc ze sobą pozornie nie dające się połączyć elementy. Jak przebiegał ten proces twórczy? Działałeś według jakiegoś klucza, czy były to działania spontaniczne?
Skoro o Pleśniakach mowa, przybliż naszym czytelnikom kim lub czym one są?
To jest właśnie ta magia, o której wspominałem , a która zadziała się, gdy wyszedłem ze strefy komfortu. Po 27 masce powstałej w zamknięciu, w odosobnieniu, w ciemnej pracowni, byłem już u progu wytrzymałości i mimo zakazów, mandatów , całej tej pandemicznej, chorej sytuacji, zdecydowałem się stworzyć kolejną maskę na skwerze, nieopodal bloku, w którym mieszkam. Wyszedłem na zewnątrz i uderzyło mnie słońce. Ciepło rozlało się po mięśniach. Stałem dłuższą chwilę urzeczony widokiem kwitnących kasztanów, ciepły wiatr smagał mnie po twarzy, słońce rozlewało się po barkach, a ja w ufajdanych gaciach od farb i klejów chłonąłem tę nieśpieszną atmosferę nadchodzącego lata. Tego dnia planowałem coś zupełnie innego. Malowałem i suszyłem poszczególne elementy, łącząc je w coraz bardziej dającą się rozpoznać maskę, gdy nagle na jeden z nich naskoczył dwuletni Adaś. Balon, na którym suszyła się forma pękł a całość zapadła się do środka i byłem pewny, że cała moja praca i trud wezmą w łeb. Przypatrując się powstałej formie, zmodyfikowałem nieco pierwotne założenia i tak powstała pierwsza, szmaragdowo niebieska maska Pleśniaka. A kim one są? Początkowo były moimi najciekawszymi maskami kwarantannowymi, a z czasem stały się bohaterami literackimi w opowiadaniach Jagny Żukowskiej. To z nią oraz z Madam Miko tworzymy projekt Between Worlds, o którym niedawno pisaliście na łamach swojego magazynu. W projekcie Between Worlds, który stanowi syntezę sztuk wizualnych i literatury, Veridianie to najdoskonalszy gatunek. Istoty te dobrze znoszą trudne warunki. Poza biologicznymi predyspozycjami wpływa na to fakt, że posiadają wysoko rozbudowaną technologię. Powoli, z kolejnych fragmentów opowiadań Jagny Żukowskiej, wyłaniają się istoty, które dążą do harmonii z ekosystemem. Ich cechą wyjątkową jest silna świadomość. Veridianie mają dwie morfy – humanoidalną i arboralną – mogą szybko transformować w drzewa. Ich ciała pozostają dwupłciowe. Do życia potrzebują wody, potrafią po nią sięgać w głębiny i łatwo ją oczyszczać. Korzystają też z fotosyntezy. Aby zwiększyć szansę na przetrwanie, stały się także mięsożerne. Najchętniej żywią się istotami wodnymi. Las veridiański wytwarza środowisko moczarowe. Te istoty same hodują stworzenia na pokarm, dbając o równowagę w ekosystemie. Veridianie dobrze rozumieją wszelkie prawa natury. Nad całym rodem góruje Wielka Matka, która ma najsilniejszą, spójną jaźń. Gatunek ten jest długowieczny, a świadomość każdej z jednostek – nieśmiertelna. Istoty te są ostatnim ratunkiem dla umierających planet, w tym dla Ziemi oraz resztek ludzkości, rozproszonych i zagubionych, zmutowanych i niepełnych. Pokiereszowany wszechświat ma szansę obrosnąć veridiańskim lasem i odetchnąć po torturach entropii.
To brzmi niczym dobrze skrojony scenariusz. Apetyt rośnie w miarę jedzenia? Masz chrapkę na coś więcej?
O tak! Życie pisze najlepsze scenariusze, a w ostatnim czasie stawia na mojej drodze coraz więcej osób ze świata filmowego. Ostatnia produkcja z Virtual Magic Studio uzmysłowiła mi, że Pleśniaki są idealnymi kandydatami na film, a powstała filmowa wizytówka dla marki Prepostevolution już dotarła za ocean. Czas pokaże co z tego wyniknie, póki co, nie zapeszając, robię swoje w myśl zasady, że konsekwencja jest kluczem do sukcesu. Niezależnie, czy uda mi się doprowadzić do stworzenia filmu czy nie, sam fakt, że największy i najbardziej prestiżowy portal czytelniczy w Polsce publikuje w każdą środę kolejne opowiadania wraz ze zdjęciami moich masek i kostiumów, napawa mnie dumą. To dla mnie wielkie wyróżnienie.
Bębny wisiały na kołku ponad 5 miesięcy. W czasie, w którym miałem świętować i celebrować 20-lecie mojej przygody z muzyką perkusyjną było to szczególnie uderzające i nie ukrywam, nie byłem przygotowany na taką rzeczywistość. Ale nie zawiesiłem na kołku mojej aktywności. Dołączyłem do zespołu Michała Szczerba, przygotowując się do grania koncertów promujących najnowszą płytę „The Last Scavengers”. Pierwsze koncerty już za nami, zakontraktowanych jest kilka kolejnych. Powoli wracam na moje perkusyjne tory. Muzyka jest całym moim światem, moją największą pasją i miłością, to jej oddaję się bez reszty. Gdy zabrakło koncertów, całą tę miłość, energię, ten kipiący we mnie i wrzący ferment, musiałem przelać na inne aktywności. Skupiłem się na rozwoju marki Prepostevolution, tworząc liczne sesje zdjęciowe, klipy, projekt Between Worlds. Stałem się tytanem pracy przy produkcji kolejnych kostiumów, masek, Pleśniaków. Dzięki temu dostrzegam otwierające się nowe drzwi, drogi, możliwości. Patrzę szerzej, większą skalą, nie skupiam się na tym, czego nie mam tu i teraz, skupiam się na tym, co dzięki obecnej ciężkiej pracy mogę mieć w przyszłości. To jest trudna droga, bo gdy nie masz na rachunki i grozi Ci bezdomność, ciężko jest rozwinąć skrzydła i myśleć perspektywicznie, ale tak właśnie robię. Widzę siebie gdzieś znacznie dalej, widzę siebie w dużych, międzynarodowych projektach, łączących moje pasje. Gdy dorastałem, próbując określić sam siebie, łapiąc się kurczowo różnych dziedzin sztuki, często moi rodzice zadawali mi pytanie, kim ty właściwie chcesz być, co ty chcesz w życiu robić. A mnie pasjonowało malarstwo, pisałem wiersze, uczęszczałem do teatru ludowego na zajęcia do Jarosława Szweca, ganiałem za motylami, byłem doktorem Clownem, wolontariuszem Polskiej Akcji Humanitarnej, początkującycm muzykiem, niedoszłym antropologiem kultury, a jednocześnie pragnąłem zostać francuskim kloszardem. Koniecznie francuskim. Nie potrafiłem się zdecydować, wszystko mnie ciekawiło i wszędzie było mnie pełno. W ostateczności całą uwagę skupiłem na bębnach i im poświęciłem 20 lat życia. Aż przyszedł rok 2017 i powołałem do życia moją działalność modową. A potem przyszła pandemia. Świat wywrócił się do góry nogami, fiknął koziołka, zatrzymał moje życie i dał czas na przemyślenia…
I do jakich doszedłeś wniosków?
Że moje 63 postanowienia, które spisałem w grudniu 2019 roku, z jakiegoś jeszcze nie znanego mi powodu, nie mogą się zrealizować i muszą poczekać. To raz. A dwa, że mam coś do przekazania światu za pomocą śmieci i prawdy jaką w sobie niosę.
Trzymamy kciuki za rozwój i mocno dopingujemy Twojej działalności muzycznej, modowej, edukacyjnej. Przybliżysz naszym czytelnikom, kim prywatnie jest Marcin Urzędowski? Znamy Cię doskonale ze scen, poprzez pryzmat działalności artystycznej, ale kim jest ten czterdziestolatek, gdy schodzi ze sceny, albo gdy wraca do domu z pracowni?
Tym samym człowiekiem. Widzisz, ja nie udaję muzyka, ja nim jestem. Nie przemieniam się w kloszarda, który grzebie po śmietnikach w imię jakiegoś manifestu. Ja wynajduję w takich przestrzeniach smakowite kąski, z których tworzę unikatową, rękodzielniczą modę i sprawia mi to prawdziwą frajdę. Mój dom jest moją pracownią. Moje poruszanie się – rytmem. Malarskość moich modowych poczynań zakorzeniona jest w czasach buntowniczego dorastania, w których pragnąłem zostać malarzem. Formy moich stylizacji bezpośrednio związane są z miłością do teatru, którą odnalazłem w sobie, przyglądając się jako młodzieniec najlepszym spektaklom ulicznym podczas corocznego festiwalu teatrów ulicznych w Krakowie. Swego czasu, zapytany w którymś wywiadzie o moje dorastanie odpowiedziałem, że będąc zawodowym muzykiem, doskonale rozumiem, co w delikatnej konstrukcji mentalnej siedmiolatka przełączyło guzik off na on. 33 lata temu uruchomił się świat, do którego miałem z czasem dojrzeć, a w którym dziś swobodnie egzystuję. To ta szorstka poetyka, intryga, wielowarstwowość, tajemnica i coś, co dziś nazwalibyśmy „epickością” sprawiły, że proste jak budowa cepa środki wyrazu są dla mnie nieakceptowalne. Muzyka była katalizatorem mojego obecnego spojrzenia na świat, na sztukę, na sposób komunikowania się z otoczeniem. W latach osiemdziesiątych darłem pumeksem jedyne jeansy jakie miałem, by zamanifestować swoje ja. Dziś tworzę postapokaliptyczną modę, w której także przemycam światu co mi w duszy gra. Stałem się aktywistą. Orędownikiem walki o coś. Czuję potrzebę misji. Niesienia przesłania. Wkurwia mnie obecny świat i ludzka krótkowzroczność. Wkurwia mnie niewidzialny wirus i to, że daliśmy się przemienić w barany. Wkurwia mnie to, że planeta tonie w morzu plastiku i całego syfu, jaki wytwarzamy. Jakbyśmy ścigali się z kosmosem w konkursie, kto najebie więcej śmieci i wyrzuci je do ogródka sąsiada, bo przecież nie do własnego. Wkurwia mnie hipokryzja i zakłamanie. Wkurwia mnie rak. A już najbardziej wkurwia mnie fakt, że gdy chcemy o czymś powiedzieć głośno, musimy uciekać się do szoku, taniego efekciarstwa, skandalu, gołych cyców, bo gdy powiesz to merytorycznie i spokojnie, wszyscy będą to mieli gdzieś. Więc korzystam do woli ze wszystkich znanych mi form wyrazu, jakie przez lata we mnie wykiełkowały, by uderzać w skostniałą materię. Burzyć obrazy. Prowokować. Zmuszać do myślenia. Dawać powody. Jątrzyć. Siać ferment. Ogołocać z hipokryzji. Czynię to za pomocą sztuki właśnie, bo to jest we mnie organiczne. Nie stworzyłem Prepostevolution dla zysku. Nie zacząłem grać na bębnach dla zysku. Nie robię niczego dla zysków. Robię to, co robię, bo taką mam konstrukcję i prędzej zdechnę z głodu, niż dam się wciągnąć w tryby korporacyjnych machin, światowych spisków i rządowych nakazów, choć tego zapewne chciałoby społeczeństwo.
Jest coś w Twoim bogatym dorobku artystycznym, z czego jesteś naprawdę dumny?
Ciężko jest odpowiedzieć na tak postawione pytanie, bo właściwie z każdego przedsięwzięcia w jakie się angażuję jestem dumny. Wiesz, co napawa mnie dumą najbardziej? Mój upór! Determinacja, z jaką zabieram się za każdy projekt. Rok temu, publikując nasz pierwszy wywiad, nazwaliście mnie Don Kichotem mody, a dziś dodałbym, że jestem takim Don Kichotem w życiu i to napawa mnie prawdziwą dumą. Wiem, że jest to absolutnie niepoprawne, że to na swój sposób anachronizm, ale to, że z uporem maniaka walczę o to, by robić to, co się w życiu kocha i móc z tego żyć, jest dla mnie największą wartością. To także olbrzymi weryfikator, sito, które oddziela tych, którzy prawdziwie w coś wierzą, o coś walczą, mają kręgosłup moralny, od tych, którzy próbują coś ugrać, udają, którym się wydaje. Wyrazistość akcji, w które ostatnio byłem całym sercem zaangażowany udowodniła, że poetykę, którą się posługuję, a która jest we mnie organiczna, innym ciężko jest znieść, ciężko ją zaakceptować. Ale to właśnie daje mi pełny obraz tego, z kim warto pracować, a komu należy ładnie podziękować. Nie warto tracić czasu na ludzi, którzy nie rozumieją co robisz, knują za plecami. Mądrze powiedział Anthony Hopkins: „Kiedyś traktowałem ludzi dobrze. Teraz – z wzajemnością” i ja robię to samo.
Czego w takim razie na zakończenie rozmowy moglibyśmy Ci życzyć?
Tylko zdrowia, resztę sam sobie wywalczę 🙂
Dziękujemy za rozmowę, życząc spełniania marzeń z okazji niedawno obchodzonych 40-tych urodzin.
Dziękuję 🙂
foto: Madam Miko