Wywiady

Wywiad z Karoliną Prewęcką, autorką książki „Mela Muter. Gorączka życia”

Natalia Kuchta: Czytając biografię Meli Muter, postaci absolutnie fascynującej, chyba ani razu się nie uśmiechnęłam. To książka o kobiecie spełnionej, ale nieszczęśliwej?

Karolina Prewęcka: Słowo nieszczęśliwa jest zbyt mocne. Myślę, o ile mogę pozwolić sobie na jakieś wnioski po ponad dwuletniej przygodzie z tą postacią, że nie była nieszczęśliwa. Miała w sobie pęknięcie. Była gotowa na radość życia, ale ona się nie pojawiała. Chciała się cieszyć. Na zdjęciach, które się zachowały, bardzo rzadko choćby lekko się uśmiecha. Bywa odwrócona, ma spuszczone lub zamknięte oczy. Jest „do środka”. Spełniła się jako artystka. Zostawiła wiele obrazów, malowanych różnymi technikami. Jej życie osobiste było usiane wręcz tragediami, ale to ono było gwarantem, źródłem inspiracji, postawy twórczej. Im więcej przeżywamy, tym więcej jesteśmy w stanie oddać. I ona malując oddawała swe doświadczenia.

Mela Muter – malarka prawdy, prawdy dwojakiej. Z jednej strony prawdy o postaciach, które malowała, z drugiej zaś, prawdy o sobie.

Wszystko, co robiła, sądzę, że było prawdziwe. Szukała prawdy w sobie i w innych. Jej ulubieni bohaterowie to ludzie prości, którzy nikogo nie udają, nie robią min, nie stroją się do portretów. To chłopi z Bretanii, biedni Polacy, Żydzi, Katalończycy. Bezimienne, gdzieś spotkane kobiety, zauważeni przechodnie na ulicach Warszawy, Paryża, innych miejscowości we Francji czy Hiszpanii. Nie przeszli do historii. Ale opowiadali o sobie, przekazywali swoją prawdę życia. Tak jak Mela opowiedziała o sobie, nie stawiając fałszywej kreski.

Mężczyźni chętniej pozowali Meli, kobiety bały się, że uchwyci ich brzydotę, uwypukli nieatrakcyjność.

To łączy się z tym, że oddawała prawdę. Wiele osób, choć może kobiety szczególnie, tęskni za tym, by widzieć siebie piękniejszą, powabniejszą, bardziej urokliwą. Na tym też polega magia portretu. Byli i są portreciści, którzy coś dodają, tak, aby portretowani przeszli do historii w innym, „zamówionym”, a nie w prawdziwym świetle. Muter nie wykonywała takich zabiegów, malowała to, co widziała, wręcz wydobywała więcej – wnętrze człowieka. Dlatego wzbudzała w kobietach niepokój, jednak kilka się jej poddało. Poza tym była bardzo niezależna, konkretna i uparta. Wybierała szczerą rozmowę albo brak tej rozmowy, albo szczere spojrzenie.

Wyprzedziła swoje czasy? Nie tylko swoim malarstwem, ale sposobem życia, odwagą.

Myślę, że zawsze, niezależnie od epoki i środowiska były i są kobiety odważne, wspaniale wychowujące dzieci. Jednocześnie pracują, rozwijają zainteresowania i wcale nie oczekują tego, że ktoś je nagrodzi czy zachowa się o nich pamięć. Dzieło Muter przetrwało i jest doceniane. Mówienie o tym, że ktoś wyprzedził swoją epokę wydaje mi się szablonowe.

Bardzo ważne w malarstwie Meli Muter, w portretach, które malowała, były oczy.

W oczach bohaterów Muter albo jest coś głębokiego, albo nie ma w nich nic. A przez to, że nie ma nic, to może być wszystko. Kiedy malowała ślepca z Katalonii, on, przez swoją ułomność, wyrażał całego siebie. Oczy zamglone mówią o trudach, przeżyciach, brakach, dysfunkcjach. Oczy dziecka – szczególne, wzruszające. Inne są oczy osoby zranionej, inne – w podeszłym wieku. W oczach zawiera się prawda. To klucz do portretów Meli Muter.

Istotną rolę w malarstwie Meli Muter odgrywa również tło.

Tak, tło też było dla niej bardzo ważne, dawało szansę na rozwiązania artystyczne. Mela była świetną kolorystką, „kompozytorką” kolorów. Często „łączyła” dwa obrazy – portret z martwą naturą. Tłem opowiadała o konkretnej postaci. Rekwizyt z tła mówił o czymś, co dotyczyło losów portretowanego. Tak było chociażby z portretem matki Zuzanny Klingslandowej. Powstał za jej życia, ale była wtedy już ciężko chora. Pierwotnie w tle paliła się świeca. Po śmierci matki Mela zamalowała płomień. Tło stało się dodatkową treścią.

Mówiła Pani o tym, że zwracała uwagę na cechy psychologiczne postaci. Jednak bardzo się bulwersowała, gdy nazywało się ją malarką psychologiczną.

Najprawdopodobniej uciekała od definicji. Była artystką. Chciała po swojemu mówić o ludziach, a nie określać ich naukowymi terminami. Twierdziła, że swoich bohaterów przedstawia tak, jak ich widzi – to była taka ingerencja artystyczna. Do prawdy postaci, dokładała siebie.

Mela Muter nie szufladkowała ludzi. Sama też nie chciała zostać zaszufladkowana.

Nie dała się zakwalifikować do żadnego nurtu artystycznego, chociaż funkcjonowała w konkretnej epoce i środowisku. Umiała łączyć to, co było w niej, z tym czego się nauczyła, co obserwowała, co dawali jej inni twórcy. Wykreowała bardzo osobisty język artystyczny. Nie dała się zaszufladkować również dlatego, że jej osobowość wykraczała poza ramy przeciętności. Była niezrozumiana przez wielu sąsiadów, może nawet część rodziny. Z drugiej strony rodzina pielęgnowała w niej inność, wspomagała ją.

Ojciec był czuły, matka była wymagająca. Ojciec był wsparciem, matka bardziej skupiała się na synach, braciach Meli.

Nie wiemy tego na pewno. Mogę wnioskować na podstawie tego, jak namalowała matkę, a jak ojca Fabiana Klingslanda oraz w oparciu o to, co pisała w zachowanych listach i notatkach. Po tragicznej śmierci nastoletniego Juliana, pierwszego dziecka Klingslandów, matka Meli załamała się. Malarka zwierzała się po latach, że nigdy, od tego momentu, jej nie przytuliła, aż do dnia ślubu z Michałem Mutermilchem. Natomiast ojciec, na zdjęciach i portrecie, jest człowiekiem pogodnym. Jego oczy są przejrzyste, jasne, ma lekki uśmiech pod zarostem. Wiemy, że kochał artystów, był mecenasem pisarzy, wspierał finansowo Władysława Reymonta, Jana Kasprowicza, Leopolda Staffa. Była w nim wrażliwość artystyczna i prawdopodobnie stąd to zrozumienie i ukochanie Meli. Dopóki mógł, pomagał jej na wiele sposobów. Rozmową, listami, pieniędzmi. Miał też świetny kontakt z Andrzejem, synem Meli i Michała. Dyskutowali i korespondowali. Ojciec na pewno był ostoją dla malarki.

Mówiłyśmy o tym, że Mela Muter na obrazach malowała prawdę. Jej mąż natomiast tę prawdę starał się wyrażać słowem pisanym. Patrząc na ich twórczość, można odnieść wrażenie, że nie byli ze sobą do końca szczęśliwi.

Michał Mutermilch pisał opowiadania, recenzje, był tłumaczem, krytykiem. Był to związek dwojga młodych ze znających się rodzin. Może skojarzone małżeństwo? Oboje bardzo wrażliwi, z Warszawy, chętnie razem chodzili na wystawy. Mela wspierała go w twórczości, on pisał recenzje z jej wystaw. Mieli dziecko, razem wyjechali do Paryża. Wydaje mi się jednak, że Michał nie do końca rozumiał Melę, która zawsze chciała i mówiła swoim głosem. A Michał pragnął, żeby była bliżej niego, syna, domu. Poza tym Mela dość często zachwycała się mężczyznami-artystami. Nie wiadomo dokładnie, co łączyło ją ze Staffem. Mówi się o romansie, ale to mogło być zauroczenie. Syn Andrzej, którego życie skończyło się tragicznie, próbował scalać małżeństwo rodziców. Później był trochę z mamą, trochę z tatą.

Andrzej zmarł nagle w wannie, w niewyjaśnionych okolicznościach, mając niewiele ponad dwadzieścia lat. Chwilę wcześniej Mela dowiedziała się, że jej przyjaciel, Władysław Reymont, dostał literacką Nagrodę Nobla.

Po tym nieszczęściu, Muter przeżyła jeszcze jedno wielkie zauroczenie. Obiektem uczucia był poeta Rainer Maria Rilke, z którym spotykała się, a zwłaszcza korespondowała.

Reymont, przyjaciel, którego Muter portretowała.

Znali się od lat młodzieńczych, z domu rodzinnego Meli, potem zaprzyjaźnili się, współpracowali w Paryżu. W Archiwum Emigracji w Toruniu jest zbiór listów, notatek, zdjęć związanych z Muter. Właśnie tam, wśród drobnych papierów, zachował się kwit z informacją, że Reymont bierze pożyczkę u Fabiana Klingslanda. Mela namalowała co najmniej dwa portrety Reymonta.

Przyjacielem Meli był też Leopold Gottlieb. Nie do końca wiadomo, czy to była tylko przyjaźń.

Gottlieb był wybitnym malarzem, pochodził z wielodzietnej, bogatej żydowskiej rodziny z Drohobycza. To niezwykłe, że urodził się w roku śmierci swojego utalentowanego brata Maurycego, uważanego za najzdolniejszego ucznia Jana Matejki. Maurycy miał dwadzieścia trzy lata, kiedy zmarł. Wygląda na to, że Leopold „przejął” talent, uzdolnienia brata. Był przystojny, co widzimy choćby na portrecie autorstwa Meli. Zachowało się zdjęcie, na którym jest najbliższa rodzina malarki i Leopold Gottlieb. Uczestniczyli w tych samych wystawach, razem podróżowali, nawet wspólnie malowali obrazy. Bardzo musieli się lubić i rozumieć. Byli blisko artystycznie i duchowo.

Można odnieść wrażenie, że w relacji z mężem brakowało Meli właśnie duchowości.

Trudno rozstrzygnąć. Być może Michał był bardziej „przyziemny” od żony. Jego talent pisarski nie był aż takiego kalibru jak jej malarski. Może jej trochę zazdrościł? I to zakłócało sferę duchowości między nimi. Nie mieli silnego fundamentu, żeby przetrwać burze podczas swojego związku.

Co Panią najbardziej zajmuje w tej książce i w tej postaci?

Siła przyciągania bohaterki. „Spotkałyśmy się” dzięki jej portretowi – grafice Ignacego Łopieńskiego, którą wyparzyłam w Muzeum Narodowym. Moja wiedza na temat Meli Muter była wówczas bardzo mizerna. Starałam się, żeby książka o niej była moim osobistym wyrazem. Nie rywalizuję z historykami sztuki, czy znawcami szeroko rozumianej epoki, w której żyła i tworzyła. Zdecydowałam się pójść za impulsem, za spojrzeniem Muter, które Łopieński tak wspaniale uwiecznił.

Mela Muter nie była obecna nie tylko w Pani życiu, ale również w Polsce. Być może dlatego jej życie prywatne nie zostało rozłożone na czynniki pierwsze w prasie. Nie uzyskała statusu celebrytki.

Muter nigdy nie była celebrytką. Wolała skupić się na malowaniu, niż bywać. Nie starała się być modna, a dla artysty zaistnienie w szerszej świadomości to podstawa. Muter nie była znana w swoim rodzinnym kraju, bo nikt o to nie zadbał. Poza jednym człowiekiem – Bolesławem Nawrockim juniorem, który dotarł do Muter w latach 50., kompleksowo się nią zajął, jej zdrowiem i spuścizną, a po śmierci – jej grobem, pamięcią o niej, wystawami. Ale to wszystko było niszowe, ograniczone do określonego kręgu. Ostatnio była dość głośna wystawa dzieł Muter z prywatnej kolekcji w budynku Cosmopolitan w Warszawie, ale Mela Muter wciąż pozostaje za mało znana. Napisałam tę książkę nie tylko po to, żeby się wypowiedzieć. Chciałabym, żeby Muter zaistniała szerzej, bo jest tego bezsprzecznie warta. Poza tym miała bardzo ciekawy życiorys.

Już podczas życia pisano, że Meli Muter „zastąpić się nie da”.

Nikogo nie da się zastąpić. Muter na pewno jest wyjątkowa dzięki pracowitości, wrażliwości czy charakterystycznemu sposobowi nakładania farb oraz dzięki ulubionym tematom i kolorom. Już po pierwszym rzucie oka na obraz widać, że „to jest Muter”. Bez względu na to czy to olej, czy akwarela. Pod koniec życia przemalowała część obrazów. To otworzyło furtkę dla fałszerzy. Obrazów Meli Muter jest sporo na rynku. Wprawne oko jednak szybko wychwyci różnicę między oryginałem a podróbką.

Mówi się, że „ludzie Muterowej mają we krwi gorączkę. Gorączka życia wewnętrznego zniszczyła ich piękne ciała”. Czy to podsunęło Pani pomysł na tytuł?

Cytat na pewno jest bardzo trafny. Ale o gorączce myślałam wcześniej, zanim te słowa dotarły do mnie. Patrząc na jej obrazy, czuję niepokój. Ale nie jest to zdenerwowanie, raczej twórczy niepokój, który otwiera na refleksję. Gdy malowała wodę, to często spienioną. Fale, które rozbijały się o skały. Gorączka deformuje ciało, ale wzbogaca duszę. Tytuł książki oddaje życie Muter i styl jej twórczości oraz losy wielu bohaterów jej obrazów. Gorączka jest dowodem na to, że nie śpimy. Coś się z nami dzieje, albo dobrego, albo złego. Są emocje, coś w nas buzuje. W Meli buzowało bardzo dużo, ale umiała to skrywać.

Do momentu śmierci syna na obrazy Muter nie pokazywały szczęścia, którego potencjalnym źródłem może być macierzyństwo. Dopiero po odejściu Andrzeja zaczęła przedstawiać macierzyństwo jako idyllę.

Stało się tak dopiero w latach 30. XX wieku. Wtedy macierzyństwo potraktowała bardziej idyllicznie. Mogła to być odpowiedź na to, co działo się w świecie. Trwała już wojna w Hiszpanii, Niemcy się zbroiły. Muter była bardzo czuła na wydarzenia w Europie, dostrzegała w nich zwykłego człowieka. Zastanawiała się, co się z nim stanie w czasie wojny i po niej. Obraz Macierzyństwo powstał właśnie w latach 30. XX wieku. Jest alegorią szczęścia, miłości macierzyńskiej. To scena biblijna i forma ucieczki od tego, co się działo na świecie oraz zwrócenie uwagi na rzeczy najbardziej istotne w życiu. Wcześniej matki Meli Muter to były kobiety sterane życiem, o spracowanych dłoniach i nieokreślonym wieku, czasem wyglądające nie na matki, ale babcie. Ich dzieci też nie są na obrazach szczęśliwe, rzadko kiedy są kolorowo ubrane. Takie matki widziała w Bretanii, w Polsce.

Jednego ze swoich kochanków również traktowała niemal jak syna.

Raymond Lefebvre. Znacznie od niej młodszy, kilkanaście lat różnicy, pokolenie jej syna. Był chory, tak jak Andrzej. Opiekowała się i jednym, i drugim. Obu umieszczała i odwiedzała w sanatoriach, korespondowała. Raymondowi stwarzała dom. Bardzo cierpiała, gdy tragicznie zginął. To było rozstanie i z kochankiem, i z wybitnym dla niej człowiekiem. Raymond miał talent literacki, ale przede wszystkim był działaczem politycznym z dużymi ambicjami. Jego odejście było rozstaniem z kochankiem, ale poniekąd też jakby z drugim synem.

Dla wielu postaci, które przewijają się przez biografię Meli Muter, malarka była na drugim miejscu. Lefebvre, stawiał nad nią „karierę”, Leopold Staff po rozstaniu został w jej życiu, natomiast nie wiadomo, czy Mela pozostała w jego. W książce wspomina Pani o innych osobach, które dla Muter pozostali ważni. Oni zaś ze swojego życia ją wykreślili.

Myślę, że życie Meli Muter było pełne wyrzeczeń, również jeśli chodzi o uczucia. Rzeczywiście dawała się przesuwać na drugi plan. Dlatego, że miała w sobie pokłady dobra, cierpliwości. Lefevbre bardzo dużo jeździł i agitował po Francji, Rosji, Ukrainie. Mela zawsze czekała na niego. Staffa wspominała do końca życia. Czy także on Melę? Zapewne, bo takiej postaci, jak Muter, się nie zapomina. Pozwalała błyszczeć na swoim tle swoim przyjaciołom, ale jednak niestrudzenie robiła swoje.

Praca nad książką o Meli Muter różniła się od pracy nad Pani poprzednimi książkami, wywiadami z Bohdanem Łazuką czy Stanisławą Celińską?

To inna formuła, formuła opowieści, a nie przepytywania. Można też powiedzieć, że to książka historyczna, bazująca na źródłach. Chociaż tych źródeł mogłoby być więcej. Chciałabym tą książką otworzyć temat. Celowo zrobiłam z niej osobistą opowieść, choć starałam się siebie nie eksponować. Opisałam drogę prowadzącą mnie do Meli i przebytą w jej towarzystwie. Momentami jest rozedrgana, co ma oddać tytułową gorączkę. Czasami zdania są długie, czasami krótkie. Piszę też równoważnikami zdań. Można powiedzieć, że raz ołówek przyciskałam mocniej, a raz słabiej, albo że sięgałam po ołówki różnej twardości. Wywiady rzeki mają swoje reguły. Tym razem mogłam mieć większą swobodę.

Czy pisząc tę książkę odwiedzała Pani miejsca, w których Mela Muter przebywała?

Byłam przede wszystkim na ulicy Leszno w Warszawie, tam gdzie się wszystko zaczęło, w miejscu urodzenia Muter. Leszno jest przeorane przez historię. Starałam się iść śladami Meli, ale nie byłam w tym celu poza krajem. Można powiedzieć, że nie dotarłam tam, ale – być może – to przygniotłoby mój zamysł. Książka zostawia przestrzeń dla wyobraźni czytelnika. Wprowadzam go w temat. Nie odnajduję się w stylu dużych biografii, aż ciężkich od liczby źródeł.

Dzięki temu pokazała Pani te miejsca tak, jak widziała je Mela. Bez swojej interpretacji, nadawania im własnego sensu.

Wejściem do każdego kolejnego rozdziału jest obraz lub zdjęcie. Jeśli wybrałam na przykład pejzaż z Hiszpanii, to trzymałam się tego, co na nim zobaczyłam. I tak, w pewnym stopniu, znajdowałam odpowiedź na pytanie, na jakim etapie życie była wtedy Mela, w jakim była nastroju. Chciałabym w tym momencie podziękować Pani Linie Nawrockiej i Pani Marii Nawrockiej-Teodorczyk, z którymi spotkania i rozmowy o Muter były dla mnie tak motywujące.

Pomysł na konstrukcję książki powstał przed rozpoczęciem działań, czy w toku prac?

Od początku wiedziałam, że tak chcę. Mój mąż jest malarzem. Cały wypowiada się w swoich obrazach. One są bardzo ważne. Mówią o nim. Kiedy maluje się szczerze, a nie po to, by się komuś przypodobać, dzieło musi zwrócić uwagę. Ma siłę. To bardzo wyczerpujący sposób na życie, ale też bardzo piękny.

Karolina Prewęcka – dziennikarka i współautorka książek o ludziach kultury, m.in. aktorach Stanisławie Celińskiej i Bohdanie Łazuce, śpiewaczkach operetkowych: Wandzie Polańskiej i Elżbiecie Ryl-Górskiej. Interesuje się zwłaszcza losami Polaków na tle XIX i XX wieku, w co wpisuje się niedawno wydana książka „Mag” o przedwojennym jasnowidzu Stefanie Ossowieckim. Skończyła etnografię na Uniwersytecie Warszawskim. Pochodzi z Lubrańca na Kujawach.

Zobacz również: „Mela Muter. Gorączka życia” – premiera pierwszej biografii wybitnej polskiej malarki!

Polecamy również: