Główna » ODWYK Adam Widerski Wydawnictwo INITIUM – fragment

ODWYK Adam Widerski Wydawnictwo INITIUM – fragment

ODWYK

ADAM WIDERSKI

WYDAWNICTWO INITIUM

 

 

Prolog

 

8 października 1985 r.

Leżał skulony na starej, podartej kanapie pachnącej kurzem, potem i sproszkowaną gąbką, która wydobywała się z wnętrza mebla przez dwie spore dziury na środku poszycia. W ręku trzymał wycinek z gazety, mocno już żółtawy z powodu częstego używania, choć pismo było wydane raptem przedwczoraj. Na skrawku papieru widniały fotografie dwóch zmiażdżonych samochodów na jednej z dróg powiatowych. Pierwszy z nich leżał na dachu i przypominał zgniecioną puszkę. Drugi został wbity w przydrożne drzewo, aż do siedzenia pasażera. Nagłówek nad tekstem informował: „Pijana kobieta zabiła trzyosobową rodzinę”.

Oprócz kawałka gazety chłopiec ściskał w dłoni zdjęcie uśmiechniętej rodziny – kobiety, mężczyzny i dziecka. Cały czas na nie patrzył, a łzy spływały mu po policzkach, skapując na obicie kanapy. Od trzech dni nie był w stanie ich powstrzymać. Nic nie jadł, nic nie pił. W żadną z nocy nie zmrużył oka nawet na chwilę. Był na granicy skrajnego wyczerpania. Próbował to jakoś ukryć – na przykład chował nietknięte jedzenie, ale pracownica socjalna Miejskiego Pogotowia Opiekuńczego w Łodzi szybko to zauważyła.

– Dziecko, zjedz coś – powiedziała. – Wiem, że wiele wycierpiałeś, ale jeśli nie będziesz jadł, zasłabniesz, a w końcu umrzesz z wycieńczenia.

Chciał umrzeć. Co mu zostało z życia, które trwało zaledwie dwanaście lat? Kiedyś był szczęśliwy. Uśmiechy rodziców, rozmowy, tulenie i pocałunki, pocieszanie w smutne dni… Słowem: wielka kochająca się rodzina. A potem wszystko runęło niczym domek z kart.

– Dlaczego mnie to spotkało? Czy ja nie zasługuję na szczęście? – pytał sam siebie podczas napadów spazmatycznego płaczu.

Najgorszy – oprócz samotności – był obraz, który wracał każdej nocy, kiedy chłopiec zamykał oczy. Znów był na miejscu wypadku. Zmasakrowane ciała rodziców. Nogi i ręce ułożone w nienaturalnej pozycji, głębokie rany na kończynach, na twarzach zaschnięta krew. Chciał zobaczyć ich jeszcze później, ale nie wpuszczono go do prosektorium. Jednak udało mu się niepostrzeżenie wkraść przez tylne drzwi. Mimo że widział ich tylko kilka sekund, zanim został przyłapany i wygoniony z sali, powyższy obraz utrwalił się mocno w jego pamięci.

– Zabiję, przysięgam! – krzyknął z całych sił.

 

 

1

 

15 lipca 2010 r.

– Jak idziesz?! Czerwone jest! – Kierowca białego renault clio zahamował gwałtownie tuż przed mężczyzną przebiegającym na czerwonym świetle przez pasy na skrzyżowaniu ulic Mickiewicza i Kościuszki. – I po co się tak śpieszyć? Dopiero siódma piętnaście… – mruknął pod nosem.

Pieszy, słysząc pisk opon, wykonał ręką przepraszający gest i przyśpieszył bieg, przecinając kolejne przejście. Wymijając innych ludzi, wskoczył do tramwaju numer szesnaście, jadącego do podmiejskiego parku Helenów. Podobne sytuacje na tym skrzyżowaniu zdarzały się kilka razy dziennie. Najgorzej było rano, kiedy ludzie śpieszyli się do pracy czy szkoły, i po południu, podczas masowych powrotów do domu. Właśnie wtedy dochodziło tu do największej liczby wypadków.

Ulica Mickiewicza była jedną składową długiej arterii, która w sumie miała cztery odcinki, każdy o innej nazwie. Odcinek noszący nazwisko sławnego poety kończył się wraz z przecinającą go okazałą ulicą Piotrkowską. Następnie przechodził w ulicę Józefa Piłsudskiego, na której początku mieściło się jedno z większych łódzkich kin Silver Screen, gdzie oprócz sal seansowych były jeszcze kręgielnia, bilard, restauracje, kafejki ze słodyczami i napojami. Obok kompleksu lokowały się oddziały banków, salony telefonii komórkowej oraz czterogwiazdkowy hotel Ibiz, goszczący głównie biznesowych gości z kraju i zagranicy.

Jednak w tej okolicy stał też o wiele ważniejszy budynek. Nie było go widać z ulicy, bowiem mieścił się w drugiej linii – za hotelem i kinem. Piętrowy, pomalowany na biało gmach w kształcie prostokąta o bardzo długim boku. Na środku fasady były podwójne przeszklone drzwi. Po ich prawej stronie wisiała czerwona tablica z napisem: „Oddział Terapii Uzależnień w Łodzi”. Oddział zajmował parter i pierwsze piętro. Na piętrze znajdowały się gabinety terapeutyczne, w których odbywały się sesje dla uzależnionych, a także pokoje psychologów i psychoterapeutów, pracowników administracyjnych oraz dyrekcji. Każdy gabinet miał przydzielonego stałego psychologa, który zajmował się poszczególnymi uzależnieniami.

Na parterze mieściło się kilka sal, a także gabinet lekarski, bowiem każdy z pacjentów przed przyjęciem musiał przejść wstępny wywiad środowiskowy i konsultację lekarską. Potem udawał się do sekretariatu poradni, gdzie uzyskiwał przydział do grupy terapeutycznej i poznawał terminy kolejnych sesji. Najbardziej oblegane były zajęcia poświęcone odwykowi alkoholowemu. Takich gabinetów znajdowało się tu pięć, lecz najważniejszy był pokój numer dwa na pierwszym piętrze. Odbywały się w nim sesje dla osób najciężej dotkniętych alkoholizmem.

Średnich rozmiarów pomieszczenie pomalowano na kolor kremowy. Podłoga w większej części została przykryta beżowym dywanem, a w białym suficie zamontowano halogeny. Był też klimatyzator. Na południowej ścianie mieściło się szerokie okno z widokiem na Manhattan, czyli największy i najdroższy blok w Łodzi. Po prawej stronie od wejścia stała duża dębowa komoda z szufladami, w których w porządku alfabetycznym ułożono teczki z dokumentacją każdego pacjenta. Naprzeciw niej znajdowało się biurko psychologa z niewielką lampką, kubeczkiem na długopisy i ołówki, a także nieduży plastikowy regał. Środek pokoju stanowił właściwe miejsce sesji odwykowych – masywne, drewniane krzesła ustawiono tu w kształt owalu. Zasiadali na nich uzależnieni wraz z prowadzącym.

Teraz na krześle naprzeciwko wejścia siedział mężczyzna w niebieskiej polówce i wytartych czarnych dżinsach. Niewysoki i bardzo szczupły. Jego wiek trudno było jednoznacznie określić, miał siwy zarost i takiego samego koloru włosy, z łysiejącym gniazdkiem na czubku głowy. Drugie krzesło zajmował barczysty mężczyzna w średnim wieku z krótko przystrzyżonymi włosami w odcieniu ciemnego blondu. Nosił spłowiałe sztruksowe spodnie i brązowy T-shirt z napisem w kształcie graffiti. Dwa miejsca wciąż pozostawały puste; wedle porządku obowiązującego już od czterech sesji powinny być zajęte przez osobę prowadzącą – panią psycholog Annę Witkowską, i trzeciego uczestnika terapii.

Nieduży zegar w drewnianej obudowie wskazywał godzinę siódmą trzydzieści pięć, gdy drzwi gabinetu otworzyły się. W progu stanęła dość młoda, szczupła i niewysoka brunetka o delikatnych rysach. Ubrana była w dopasowaną czerwoną sukienkę, sięgającą za kolano, oraz niebieskie bolerko. Całości dopełniały niebieskie szpilki i apaszka tego samego koloru.

– Dzień dobry, panowie – przywitała obecnych. – Przepraszam za spóźnienie, ale przez te remonty ciężko gdziekolwiek dojechać na czas.

– Nic się nie stało, pani doktor – odpowiedział Wiktor, mężczyzna siedzący naprzeciwko drzwi. – Sam bym się spóźnił, gdybym nie wysiadł dwa przystanki wcześniej i nie pokonał tego odcinka na piechotę.

– Kiedyś w moim poukładanym życiu nauczyłem się wcześniej wstawać i wychodzić z dużym zapasem czasu – do rozmowy włączył się mężczyzna zajmujący drugie krzesło. – Tylko to mi pozostało z poprzednich lat. Wszystko inne spieprzyłem.

– Tomek, cieszę się, że zdajesz sobie z tego sprawę. To bardzo ważne w naszej terapii – zareagowała Anna. – Ale pamiętasz o naszej umowie? W tym gabinecie nie przeklinamy.

– Tak, przepraszam, wymsknęło mi się. Po prostu czuję się dziś do dupy i wszystko mnie wkurza. Najchętniej bym się wyżył…

– Spokojnie, weź kilka głębokich oddechów i postaraj się nie myśleć o swoim dzisiejszym nastroju. Przypomnij sobie jakieś wydarzenie, które sprawiło ci radość. Pozwól się uspokoić.

– Nie pomaga, pani doktor – jęknął Tomek po kilku próbach opanowania wzburzenia. – Muszę wyjść do łazienki.

– Idź, ale zaraz wracaj. Już pięć minut temu powinniśmy zacząć sesję.

Po piętnastu minutach, a więc gdy zegar wskazywał dokładnie siódmą pięćdziesiąt, drzwi ponownie się otworzyły. Do gabinetu wrócił Tomek – z podwiniętymi rękawami, szeroko otwartymi oczami, jakby od dużego wysiłku, i z lekkim uśmieszkiem na twarzy.

– Już jestem, trochę mi przeszło…

– Coś długo to trwało – mruknęła Anna. – Wszystko w porządku? Możemy zaczynać?

– Tak, już się wyładowałem.

– Mam nadzieję, że nie zniszczyłeś łazienki, bo kiedyś miałeś już kłopot z agresją.

– Toaleta cała, pani doktor, spoko.

– Może napiszesz jakiś wiersz? Tak jak ostatnim razem, kiedy miałeś gorszy dzień.

– Niech pani da kartkę.

– Proszę. – Kobieta podała Tomkowi kawałek papieru i długopis. – A teraz zaczynamy już naszą kolejną sesję. Wiktor, kontynuuj opowieść, którą zacząłeś ostatnim razem. Skończyłeś na drugim roku choroby alkoholowej i utracie mieszkania.

Kiedy Wiktor skończył opowiadać o kolejnych etapach swojego alkoholizmu – mieszkaniu na ulicy, żebraniu o pieniądze na alkohol, kradzieży i pobiciu, za które został skazany na dwa lata więzienia i terapię odwykową – Anna, widząc, że Tomek skończył notować na swojej kartce, poprosiła go, aby przeczytał to, co napisał.

Tomek zaczął recytować:

 

Życia nie ma,

Krew już płynie,

Ran nikt nie zawinie!

 

Na twarzach zebranych odmalowało się nieopisane zdziwienie. Pierwsza odezwała się Witkowska:

– Ten wiersz… Nigdy takich nie pisałeś.

– Jakoś tak wyszło. Jaki humor, taki wiersz.

– A co cię doprowadziło do takiego stanu?

– Dużo by opowiadać…

– Słuchamy. Może coś zaradzimy.

– A tak jakoś, życie… Wczoraj spotkałem kumpla z ciupy, poszliśmy do baru, ale spokojnie, nie piłem, choć miałem ochotę, widząc, jak on żłopie jedno piwo za drugim. W końcu się pokłóciliśmy. Dziwił się, że nie piję, nie chcę wejść z nim w interesy, pójść na panienki. W rezultacie oskarżył mnie o współpracę z psami.

– Z policją, nie z psami – poprawiła go terapeutka. – I co było dalej?

– Rzucił się na mnie z pięściami, ale się obroniłem i poszedłem do domu. A dzisiaj jeszcze jakiś namolny pijak mnie napastował, chciał kasę na wódkę. W autobusie dostałem mandat za jazdę na gapę, a siostra napisała, że nie chce mnie znać. I znowu cholernie chce mi się pić.

– Miałeś dwa ciężkie dni, współczujemy ci bardzo. Przykro mi z powodu twojej siostry. Pamiętaj, że zawsze możesz przyjść do mnie porozmawiać. Przeżywasz trudne chwile, lecz nie poddawaj się, tak dużo już osiągnąłeś. Nie pijesz od ponad miesiąca.

Gd tylko wybrzmiały słowa Anny, na korytarzu rozległ się przeraźliwy krzyk, a następnie drzwi gabinetu otworzyły się gwałtownie.

– Pani doktor, szybko, pomocy! – krzyknęła przerażona pani Alina, zajmująca się sprzątaniem.

– Co się stało? – Anna zerwała się na równe nogi. – Gdzie?

– Nie wiem… W łazience! Szybko!

Witkowska wybiegła z pokoju i pędem ruszyła do łazienki znajdującej się na końcu korytarza. Gdy szarpnęła za klamkę, zamurowało ją. Nigdy jeszcze nie widziała czegoś podobnego.

– Jezus Maria… Marcin…

Na podłodze sześciometrowego pomieszczenia leżał nagi zakrwawiony mężczyzna. Jabłko Adama na jego szyi stanowiło środek poziomej, głębokiej na kilka centymetrów rany, zaczynającej się od prawego ucha, a kończącej na lewym. Jedyną zasłoniętą częścią ciała ofiary było przyrodzenie, do którego została przyczepiona kartka. Brzuch mężczyzny ponacinano, jak gdyby ktoś dla zabawy żłobił w nim rowki, nie mogąc się zdecydować, jaką figurę narysować. Ręce w łokciach i nogi w kolanach były nienaturalnie wygięte, a biodra uniesione nieco wyżej niż reszta ciała. Przerażający obraz dopełniała kałuża krwi, w której pływały drobne odłamki stłuczonego lustra.

– Ja chyba go znam… Ale kto mógł zrobić coś takiego… – jęknęła pani Alina, zanim nieprzytomna osunęła się na podłogę.

 

2

 

Delikatnie odgarnął kosmyk czarnych, kręconych włosów, który nieustannie opadał na policzek Marty. Bardzo lubił bawić się jej włosami; czuł wtedy, że zbliża się do niej jeszcze bardziej. Tak było też po dzisiejszej randce, na której obejrzeli w jego domu romantyczny film Wichry namiętności. Potem zjedli coś w jedynej otwartej w porannych godzinach pizzerii na Bałutach, a następnie poszli na krótki spacer, zakończony wizytą w jej parterowym domku na ulicy Łagiewnickiej. Uwielbiali spędzać tak wspólny czas – nie w sposób wyszukany, chodząc po ekskluzywnych restauracjach czy na drogie sztuki teatralne. Zwykły spacer o różnych porach dnia, zwykłe jedzenie, nic z rzeczy uznawanych przez zwolenników zdrowej żywności, ewentualnie kino albo sofy w Manufakturze. A jeśli czas i możliwości pozwalały, chwile namiętności u niej albo u niego.

Całował ją namiętnie, jej policzki, mały, zgrabny nosek, naprężoną szyję. Coraz bardziej rozochoceni, zdejmowali z siebie poszczególne elementy garderoby, dotykając się nawzajem z większą śmiałością.

– Cudownie… nie przestawaj… uwielbiam, kiedy to robisz… – szepnęła Marta, czując, jak mężczyzna delikatnie pieści jej piersi, obfite mimo szczupłej figury.

Nagle namiętności zakłócił dźwięk telefonu.

Co za cholera? – pomyślał Piotr. Nie miał zamiaru przerywać w takiej chwili, lecz komórka dzwoniła głośniej i głośniej.

– Nie odbieraj, kotek, proszę… Przecież masz wolny dzień.

Telefon jednak nie dawał za wygraną.

– No jak zaraz kogoś opierdolę… – zaczął Piotr, jednak przerwał, gdy zobaczył na wyświetlaczu numer swojego przełożonego, Ryszarda Walskiego, komendanta czwartego komisariatu w Łodzi. Teraz już wiedział, że chcąc nie chcąc, musi odebrać.

– Halo, szefie?

– Piotrek, zbieraj się, pilna sprawa na Piłsudskiego.

– Komendancie, mam wolne, nie może ktoś…

– Nie. Potrzebuję ciebie, i to zaraz.

– Ale…

– Bez dyskusji. Mamy brutalne morderstwo, prasa już wydzwania, cały komisariat postawiony na nogi. Wszyscy mają anulowane urlopy. Za dwadzieścia minut masz być na miejscu. Wyślę ci adres.

– Musisz jechać? – zapytała Marta ze smutkiem.

– Niestety. Alarm w całej jednostce. Po głosie szefa czuję, że to grubsza sprawa. – Piotr zaczął się ubierać. – Przepraszam, kochanie. Wszyscy mamy się stawić, większość chłopaków z kryminalnej została ściągnięta z urlopu.

– Rozumiem, leć. Praca policjanta zobowiązuje.

– Czasami mam jej dość. Jeszcze raz przepraszam. Pa, słońce – rzucił jeszcze, po czym wyszedł, zostawiając dziewczynę samą.

To nie była do końca prawda. Uwielbiał swoją pracę, choć niekiedy spotykał się z negatywnymi opiniami dotyczącymi jego metod. Porażki powodowały chwile zwątpienia, a nagłe wezwania psuły plany, tak jak dzisiaj.

Piotr Krzyski jednak nie zamieniłby posady komisarza Wydziału Kryminalnego w Czwartym Komisariacie Policji w Łodzi na żadną inną. Osiem lat w zawodzie, kilkadziesiąt rozwiązanych spraw, zdolność dostrzegania nawet najmniejszych związków między różnymi, na pierwszy rzut oka niepasującymi do siebie czynnikami. Wszystko to nie byłoby jednak możliwe bez wsparcia jego partnera, Łukasza Majskiego, który pomimo że był całkowitym przeciwieństwem Piotra, pasował do niego jak ulał. Stanowili najlepszą i najbardziej efektywną parę śledczych w całej łódzkiej policji i to do nich spływały zwykle najtrudniejsze sprawy związane z morderstwami.

Po kilkunastu minutach komisarzowi Krzyskiemu udało się przebić przez przedpołudniowy korek i zaparkować swoją mazdę 323 ze sportowym wydechem przed budynkiem Oddziału Terapii Uzależnień. Po przejściu nad biało-czerwoną taśmą, oddzielającą wejście do posesji i część parkingu od dziennikarzy i zwykłych gapiów, zobaczył zbliżającą się szybko ulicą toyotę yaris. Od razu rozpoznał kierowcę.

Niższy od Piotra o dobre dziesięć centymetrów i o wiele szczuplejszy, Łukasz Majski zawsze był odpowiednio ubrany, a włosy w ciemnym odcieniu blond miał przygładzone, z równym, niemal idealnym przedziałkiem.

– Cześć, stary – Piotr powitał kolegę. – Też z urlopu? – Rzucił okiem na elegancką koszulę i wyprasowane spodnie. – Byłeś na imieninach teściowej?

– Daj spokój – mruknął Łukasz. – Stary ściągnął mnie z ryb. Byłem na Uroczysku. Zdążyłem wpaść do domu i coś porządnego założyć.

– A ja przerwałem spotkanie z Martą… – Piotr nie potrafił ukryć zawodu. – Dobra, chodźmy. Zobaczymy, co to za pilna sprawa.

Pokazali legitymacje stojącemu przy taśmie policjantowi, po czym weszli do budynku. Kształt i rozmiar pomalowanego na żółto-zielono korytarza przypominał łódzki tramwaj. W holu tłoczyli się mundurowi, technicy, pracownicy ośrodka i świadkowie. Komisarze skierowali się na pierwsze piętro. U szczytu schodów czekał już na nich niski, krępy mężczyzna. Ze względu na sporą łysinę wyglądał na siedemdziesięciolatka, jednak miał dziesięć lat mniej. Inspektor Ryszard Walski.

– Dzień dobry, panie komendancie – powitał szefa komisarz Krzyski.

– Witam. Dobrze, że już jesteście. Patolog kilka minut temu zaczął oglądać zwłoki. Za chwilę do niego pójdziemy, ale najpierw zamienimy parę słów z tamtymi paniami. To one znalazły ofiarę.

Komendant przedstawił pracownicom swoich podwładnych, po czym zapytał:

– Która z pań odkryła zwłoki? Jak do tego doszło?

– Ja zobaczyłam go pierwsza… jak przyszłam posprzątać. Zaczęłam krzyczeć i pobiegałam po panią doktor. – Pani Alina wskazała na Annę. Terapeutka, blada jak kreda, opierała się o ścianę.

– Czy dotykała pani czegoś?

– Nie, niczego nie dotykałam, tylko otworzyłam drzwi… i od razu je zamknęłam.

– Kto ma dostęp do tej łazienki? – wtrącił komisarz Krzyski.

– Praktycznie wszyscy, bo ta na parterze jest mała. Często, jak ktoś chce skorzystać z toalety, idzie na górę.

– A dzisiaj o tej porze kto był w budynku? – zapytał komendant.

– Nie wiem, ja tylko sprzątam…

– W dniu dzisiejszym w budynku znajdowali się trzej uczestnicy sesji, a poza nimi pani doktor, sekretarka, ochroniarz i pani z firmy sprzątającej – do rozmowy włączył się policjant, który niespodziewanie znalazł się tuż przy nich. Jego wygląd – młoda twarz i starannie wyprasowany mundur – dowodził, że zapewne niedawno ukończył szkołę policyjną.

– Dziękuję za informację, posterunkowy Turkowski – odparł inspektor Walski. – Czy wszyscy już złożyli pierwsze zeznania?

– W zasadzie tak. Jeszcze tylko starszy posterunkowy Nowak rozmawia z ochroniarzem. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, nikt nic szczególnego nie widział ani nie słyszał. Ale mamy dość duży kłopot…

– Jaki? – Komisarz Krzyski uniósł brwi.

– Brakuje nam jednego człowieka z zajęć pani doktor. Widziano go, jak wchodził do łazienki kilka minut przed znalezieniem zwłok.

– Kto go widział? – zapytał Łukasz.

– Ja go zauważyłam – powiedziała pani Alina. – Jak sprzątałam drugi koniec korytarza. Widziałam, że wychodzi z gabinetu i idzie do łazienki. Zwróciłam na niego uwagę, bo był strasznie zdenerwowany, do tego stopnia, że kopnął kosz na śmieci, ten przy drzwiach. Jak wyszedł, dokończyłam sprzątanie i poszłam do toalety. Pomyślałam sobie, że jak jest w takim stanie, to na pewno po sobie nie posprzątał. Otwieram drzwi, a tu to… – Sprzątaczka machnęła ręką.

– I co? Tak po prostu wyszedł z budynku? – zdziwił się komendant.

– Nie, wrócił na sesję – odezwała się Anna Witkowska. – Usiadł na swoim miejscu, napisał wiersz… bardzo mroczny wiersz. – Wyciągnęła przed siebie rękę z kartką papieru.

Krzyski rzucił okiem na napisany na niej tekst.

– Rzeczywiście, dziwny i brutalny – przyznał. – I co było dalej?

– Opowiedział o swoich ostatnich przeżyciach, a potem już wpadła pani Alinka i pobiegłam za nią do łazienki.

– Pozostali uczestnicy twierdzą, że zaraz po wyjściu pani doktor mężczyzna wybiegł z pokoju i nikt go więcej nie widział – dopowiedział posterunkowy Turkowski.

– No to mamy pierwszego podejrzanego – stwierdził Łukasz.

– Jakieś dane osobowe? – zapytał komendant.

– Tomasz Fryc, skierowany na odwyk po ponownym odbyciu kary więzienia – powiedziała Anna. – Skazany za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Wtedy wielokrotnie użył noża.

– Czy był pod wpływem alkoholu? – zagadnął Łukasz, a gdy Anna, wciąż przeraźliwie blada, lekko kiwnęła głową, dodał: – Często zdarzały mu się takie ekscesy?

– Panowie, obowiązuje mnie tajemnica zawodowa i nie mogę o tym mówić przy wszystkich. Część informacji znajdziecie w jego aktach, a ja chętnie udzielę dodatkowych odpowiedzi, ale nie tutaj i nie teraz… – Zdenerwowana lekarka zakryła twarz dłońmi i zaczęła płakać.

– Tak zrobimy. Ale proszę się nie zasłaniać tajemnicą zawodową – odrzekł inspektor Walski. – Najpierw posterunkowy Turkowski ustali, pod kogo podlega nasz uciekinier.

– Zdążyłem już to sprawdzić. Jest pod jurysdykcją komisariatu siódmego na Górnej.

– Skontaktuj się z nimi. Niech kogoś przyślą, żeby nam o nim opowiedział. A może wystarczą same akta, skoro ma tak bogatą przeszłość kryminalną. My tymczasem – komendant wskazał na Krzyskiego i Majskiego – idziemy na miejsce zbrodni.

Policjanci zastali łazienkę w niezmienionym stanie. W środku znajdowały się dwie osoby w specjalnych, jednorazowych kombinezonach, które służą technikom do badania miejsca zbrodni. Jedna z nich – niska, przysadzista kobieta z krótkimi czarnymi włosami, po rozstawieniu numerków oznaczających dowody wzięła się do zbierania odcisków z ramki lustra i obręczy umywalki. Przy ofierze, badając ranę na szyi, klęczał chudy i łysy mężczyzna. Był to niezbyt lubiany ze względu na specyficzne poczucie humoru patolog sądowy Hektor Wist.

– Ale rozpierducha, jak z Piły 4 – mruknął komisarz Krzyski.

– Bez przesady, w Pile było lepsze widowisko – odrzekł Hektor. – Witam panów. Przyszliście popatrzeć na nagiego mężczyznę leżącego w morzu krwi?

– Jakoś nie mam ochoty na takie atrakcje – powiedział komendant. – Możesz już coś wstępnie powiedzieć?

– Ofiara, jak widać, to mężczyzna. Wydawałoby się, że przyczyną zgonu było przecięcie aorty szyjnej, czyli mówiąc prościej: poderżnięcie gardła, ale z pierwszych oględzin wydaje się, że jednak nie.

– Jak to? – zdziwił się Łukasz.

– Z powierzchownego badania wynika, że przed śmiercią facet stoczył bójkę. Potwierdzają to stłuczenia i obrzęki na pięściach i twarzy, a także zbite lustro. Według mnie został uduszony, a następnie rozebrany i okaleczony.

– A krew na ścianach nie pochodzi z przerwania tętnicy szyjnej i próby jej zatamowania przez ofiarę? – Krzyski nie krył swoich wątpliwości.

– Właśnie nie. Ślady krwi nie pasują do kształtu jej rozbryzgu podczas przerwania aorty. To wygląda bardziej tak, jakby ktoś wylał krew na ściany. Tylko krew na podłodze pochodzi z sączącej się rany.

– Wylał krew? Zabójca poderżnął mu gardło, zebrał krew do jakiegoś naczynia i chlusnął na ściany? Hektor, to brzmi niewiarygodnie.

– Wiem, ale tak to wygląda. W sumie mnie to nie dziwi. Różne rzeczy już widziałem w swojej dwudziestoletniej karierze – odparł patolog. – Ja i Beata przyjrzymy się temu bliżej.

– A co z tą kartką? – Majski wskazał na kawałek papieru przyczepiony do genitaliów ofiary.

– Została przyklejona klejem stałym. Zaraz ją odetnę, bo chcę przekręcić zwłoki na brzuch. Nie podoba mi się ułożenie bioder. Muszę to sprawdzić. – Wist wziął nożyczki i odciął kartkę, którą następnie umieścił w przezroczystej torebce strunowej. – To kawałek etykiety z butelki po wódce, ale o tym później. Najpierw go przekręcimy.

– Coraz mniej mi się to podoba – westchnął komendant.

– Mnie też – zawtórował mu Hektor.

Dwaj technicy wezwani przez patologa przynieśli duży czarny worek. Rozłożyli go po lewej stronie nagiego mężczyzny i wspólnie z lekarzem postanowili przekręcić ofiarę przez lewe ramię, tak żeby brzuchem leżała na worku, a nie na zakrwawionej podłodze.

– Panowie, na trzy: raz, dwa, trzy… – odliczył Hektor.

– Jasna cholera! – zawołał komendant, gdy mężczyzna wylądował na brzuchu, odsłaniając nagie plecy.

 

Podziel się: