Pamiętnik Zuzy Zuuuuu – Mój Skarb 2012-08-17T04:01:38+00:00

Pamiętnik Zuzy Zuuuuuu, Autorka: Dominika Twardosz

No tak, nadszedł ten dzień. Oczekiwany przeze mnie od kilku miesięcy. Premiera najnowszego błyszczyka mojej ulubionej marki. Pewnie nie tylko ja szaleję na tym punkcie, dlatego postanowiłam dobrze się przygotować na ten szczególny dzień.

Czerwone szpilki od Louboutinˈa stały w mojej garderobie już od tygodnia przygotowane specjalnie na tę okazję, do tego granatowa sukienka w białe groszki i stylowa torebka. „Nie pobiegnę do fryzjera tylko ozdobię proste włosy opaską” – planowałam kilka dni przed. „Przecież będzie piękna pogoda” – rozmyślałam.

Dzień przed wielką premierą także był zaplanowany. Odpowiednia żywność, czyli taka, która nie spowoduje wydętego brzucha na drugi dzień – przecież muszę dobrze wyglądać w sukience, do tego relaks, mało bieganiny. Obiecałam sobie, że zaraz po pracy biegnę do domu i ten czas jest tylko dla mnie. Wszystkie sprawy takie jak zakupy, płacenie rachunków, odłożyłam na inny dzień. Dzisiaj muszę się przygotować na jutro, w końcu miejsce premiery, czyli sklep z wielkimi zapełnionymi górą kosmetyków półkami, otwierają już jutro o 10.

Wieczorem długa gorąca kąpiel dla relaksu i wytchnienia przed ekscytującym dniem. Maseczka na twarz, komedia romantyczna do poczytania w łóżku, kilka łyków soku owocowego i czas spać. „Ciekawa jestem bardzo jak na moich ustach będzie wyglądał ten nowy odcień hitu, którego nie mogę się już doczekać”.
Noc wydawała się być dłuższa niż zwykle, bo z tego całego przejęcia nie mogłam zasnąć. Rano obudził mnie budzik. Nie lubię jego dźwięku, tym bardziej w soboty, ale dziś czekałam na niego z niecierpliwością. Nadszedł ten dzień. Więc tak, prysznic, kawa, szybkie śniadanie. Widoczny, choć nie za mocny makijaż – żeby błyszczyk na pewno pasował, przecież nałożę go na usta jak tylko wpadnie w moje ręce. Sukienka, buty, opaska na włosy, klucze i torebka. Kilka kropli ulubionych perfum i w drogę.

Od drogerii dzieli mnie odległość ok. 3 km. W końcu mieszkam na obrzeżach miasta w cichej, spokojnej dzielnicy. Była piękna słoneczna pogoda, tak jak przewidywali meteorolodzy. W moim planie była podróż taksówką, ale czekając, na zamówioną telefonicznie, aż 25 minut stwierdziłam, że to nie ma sensu i ruszyłam piechotą w stronę centrum. „Czym bliżej centrum tym łatwiej będzie o taksówkę” – Pomyślałam. Ale czas mnie gonił, więc starałam się szybkim krokiem przemierzyć jak największą odległość. Szłam, szłam no i szłam i żadnej taksówki nie widziałam. „No tak przecież dziś premiera. Nie tylko ja potrzebuję dostać się do centrum”- mówiłam sama do siebie. Jestem już troszkę spóźniona, ale nie dam się zdenerwować. No i dalej tak sobie idę, a tu masz!!! Dziura w chodniku.

„O nie”! – Krzyknęłam, gdy poczułam, że coś się dzieje z moim butem, a tu trzask. I po moim obcasie w pięknej szpilce od Louboutinˈa pozostały tylko strzępy.
„Co teraz?” – Pomyślałam. Nie mogę przecież przegapić premiery i pierwszych sprzedaży takiego produktu. Nie było już czasu na powrót do domu. „Dam radę”! – Powiedziałam sama do siebie i utykając na jednym bucie ruszyłam w miasto.

Byłam już niedaleko, gdy zaszło słońce i znikąd spadł deszcz. „Jak to? Przecież nie miało padać. Miał być piękny słoneczny dzień”. Nagle zerwał się wiatr, tak silny, że moje włosy i sukienka fruwały we wszystkie strony, a wokół nich śmieci, które wiatr zabrał z przystankowych śmietników. „O nie, jak ja wyglądam?”- Uciekłam szybko pod najbliższy sklepik, pod daszkiem, którego można było się schować, chociaż przed deszczem. „Teraz to ja na pewno nie zdążę nawet zobaczyć mojego upragnionego kosmetyku”- dobijała mnie ta myśl. Złamany obcas, mokra sukienka, włosy, a nawet rozmazany tusz pod oczami, który miał być wodoodporny. Co za pech i to w takim dniu.

A to co? Pojawiła się nadzieja – wiatr ustał, deszcz przestawał lać się z nieba, za to znów zaczęło pokazywać się słońce. „Dam radę, już mi dużo nie zostało”- pomyślałam, a mym oczom ukazała się jedna jedyna taksówka przejeżdżająca obok. „To moja”- pomyślałam z radością i iskierką nadziei, że jednak się uda. Złapałam ją, dojechałam na miejsce, a tam? Tłumy takich, jak ja kobiet, zafascynowanych tym, co za chwilę zobaczą. Nie oszukujmy się przecież my wszystkie szalejemy na widok pełnych półek z kosmetykami – to nasz raj. Nie dziwi, więc taki widok, tym bardziej w dniu premiery nowego produktu.
„Dotarłam”- pomyślałam. Szybko zapłaciłam i wybiegałam z taksówki, żeby być tam jak najszybciej. „O nie!”- Krzyknęłam, gdy moja sukienka roztargała się. Zahaczyła o jakieś wystające „coś” z drzwi samochodu. Nie wiem, co to było, ale zepsuło moją sukienkę. To były ułamki sekund.
„Co teraz? Jak ja wyglądam? Co teraz zrobić?”. Ale słysząc radosne krzyki z drogerii, postanowiłam, że niezależnie od tego jak wyglądam, idę tam. Na premierę oczekiwanego od kilku miesięcy markowego błyszczyka. Niezależnie od tego, co się wydarzyło i jak bardzo źle wyglądam, obiecałam sobie, że dziś tu będę.

Weszłam w ten tłum, przeciskałam się przez ogrom zafascynowanych kobiet z pełnymi koszami zakupionych kosmetyków i babskich gadżetów. „Gdzie ten błyszczyk?”- Zadawałam sobie to pytanie. Moje oczy były pełne iskierek, ręce drżały, a oddech przyspieszał. W końcu dotarłam do półki. „Ale co znowu?”- Zapytałam samą siebie, jednocześnie stwierdzając, że ten dzisiejszy pech znowu daje o sobie znać. „Pusto? Nie ma? Jak to? To przecież niemożliwe!”- Mój głos się trochę uniósł. Nie mogłam w to uwierzyć. Tyle przygotowań, ta droga pełna niespodzianek rozumiem, że trochę się spóźniłam, ale jak to możliwe? Błyszczyk, o którym śniłam miał nie trafić w moje ręce? – „To straszne”- pomyślałam.

A wtedy usłyszałam za sobą taki miły głos. Był to pan pilnujący tu porządku, który wskazując na półkę obok zapytał: „Tego Pani szuka? Proszę się długo nie zastanawiać, to ostatni. Został nam tylko ten jeden”. Te słowa przywróciły mój oddech do normy, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Tak radosny jak u dziecka, kiedy zobaczy upragnionego lizaka. Tak, tak właśnie wyglądałam. Złapałam go w swoje ręce, ucałowałam i szybko udałam się do kasy, gdzie kolejki już się powoli kurczyły. Pomalowałam nim usta i taksówką, – tak taksówką, którą szybko złapałam pod drogerią – wróciłam do domu.

Wzięłam ciepłą kąpiel, doprowadziłam się do porządku, wypiłam gorącą herbatę siedząc pod kocykiem. To był trudny dzień. Tyle planów, przygotowań i nagle to wszystko zmył deszcz, rozwiał wiatr, roztargał i połamał przypadek. Zmarzłam, zmokłam, ale dotarłam do celu. Może i w mokrej potarganej sukience, z rozmazanym makijażem i złamanym obcasem w ulubionych butach, ale dotarłam tam gdzie chciałam i osiągnęłam to, o czym marzyłam.

I może nie wyglądałam wtedy jak miss Puerto Rico, ale miałam na ustach „mój skarb”, o którego toczyłam ten dzisiejszy bój:)

ZUZA
09.08.2012