Na jesienną chandrę… Rozmowa z Małgorzatą Kalicińską

Strona główna » Blog » Na jesienną chandrę… Rozmowa z Małgorzatą Kalicińską

Na jesienną chandrę… Rozmowa z Małgorzatą Kalicińską

Na moją jesienną chandrę, na poprawę nastroju, na złapanie wiatru w żagle, na krok do przodu…. Postanowiłam przeprowadzić rozmowę z „terapeutką” wielu polskich kobiet, z kobietą ciepłą, piękną i roztaczającą wokół siebie atmosferę przyjaźni. Małgorzata Kalicińska o sobie prywatnie.

Porzuciłaś stare życie i oddałaś się czemuś, co kochasz – pisaniu i czerpaniu prostej przyjemności z życia. Czy trudno było podjąć taką decyzję? Zostawić za sobą wszystko, co było Twoim życiem?

To nie ja porzuciłam stare życie, to ono wywaliło mnie z hukiem i trzaskiem, bo bankructwo jest jak pożar, to trauma i ból, wielotygodniowe łzy, depresja, płacz i „skowyt duszy”. Zostawiłam wszystko bo tak się stało poza mną, bez mojego udziału, bez planu „zrobię to”. Może tak łatwiej?
Moja córka i syn bardzo nam pomagali syn – ojcu, córka – mi. W ogóle wspieraliśmy się nawzajem ile się dało. I któregoś dnia ona – Basia powiedziała „przestań już, wystarczy. To co było, to BYŁO. A teraz zaczynaj swoje po swojemu!”. Taki niby banał!
I zaczęłam.

Decyzje życiowe nie są łatwe, czy Twoje okupione były głębokimi przemyśleniami, czy raczej pozwoliłaś sobie na pójście za głosem serca? Czy może zostałaś postawiona przed faktem dokonanym?

Jeśli masz na myśli mój rozwód, to w zasadzie oboje uznaliśmy że ta formalność jest nam potrzebna bo już dość długo żyliśmy właściwie obok siebie, na chłodno. On miał już kogoś i ja właśnie spotkałam Siwego, więc któregoś dnia po prostu porozmawialiśmy o nas i ustaliliśmy sprawy techniczne – kto składa pozew i jak to ma potem być. Nie było stereotypowych scen, dramatów, awantur, bo nam się wiesz… „materiał rozlazł w szwach”, małżeństwo jakby samo się rozpadło. Więc skoro tak, skoro nie było żadnej krzywdy, to po licho się na siebie wściekać? Daliśmy sobie wolność, w moim pojęciu, to dobre – zamiast się kisić.
Poustalaliśmy dość zgodnie jak ma być z naszymi rzeczami materialnymi, znów bez wojny. Zachowaliśmy też spora część wspólną – kompletnie niepodzielną, czyli Rodzinę. Zdjęcia i filmy są wspólną własnością choć mój Pierwszy chciał mi porobić kopie, żebym miała własne. Na razie nie wariujemy z kopiami. Pies jest wspólny choć mieszka u mnie – ma większe pole i nas na co dzień. Ale jak wyjeżdżamy – odwozimy ją do Pierwszego a ona merda ogonem i mieszka troszkę u niego. Tak jest dobrze. Stworzyliśmy rodzinę patchworkową, przyjaźnimy się wszyscy, naprawdę! Moje dzieciaki lubią mojego Siwego, ba! Mój Pierwszy go lubi! Synowie Siwego i Jego rodzina akceptuje mnie chyba z sympatią, a moja wnuczka ma trzeciego dziadka, do którego pięknie się zwraca „dziaduś – choć!”. Nie znoszę wojen!

A może wierzysz w buddyjską teorię jedności energii, materii? Czyli cokolwiek zrobimy, pozostanie to w wielkim kotle pozytywnej energii?

Nie jestem buddystką, ale wiem, że zło rodzi zło, a dobro – dobro, złe myśli też są niedobre, po, co się truć? Wolę naszą dość przyznam dziwną sytuacje dobrej i zgodnej rodziny, niż stereotyp rodziny podzielonej i w wiecznym stanie wojny albo burczenia na siebie. To na prawdę kwestia wyboru, chęci, przecież nikt nam nie każe się awanturować, walczyć, wojować! To nasz wybór. Możemy też wybrać dobro, spokój, zrozumienie. Porozumienie się jest ważne, słuchanie partnera jest ważne.
Niestety wiele kobiet udaje że chce porozmawiać „dla naszego dobra”. Wiem czemu mężczyźni tego nie znoszą – „chodź porozmawiajmy spokojnie” bo, w domyśle jest zazwyczaj dalszy ciąg: „…a ja cię przekonam do wyłącznie mojego punktu widzenia!”.

Czy dzisiaj zdarzają Ci się impasy duchowe? Jak sobie z nimi radzisz? Otaczasz się grupą przyjaciół, czy raczej rozmyślasz w samotności?

Ja jestem typem samotnika. Nie otacza mnie ciasny krąg przyjaciółek i co jest dziwne dla niektórych moim wielkim przyjacielem jest mój Siwy. My naprawdę jesteśmy ze sobą na dobre i złe. Przeżyliśmy swoje wzajemne impasy duchowe, podłamanka, problemy i umieliśmy nieść sobie wsparcie, zrozumienie, pomoc. To chyba właśnie jest takie ważne w związku, żeby oprócz miłości było wsparcie, zrozumienie i szacunek. Tak, miewam załamania, problemy, ale radzimy sobie z tym razem. Mam szerokie grono znajomych ale to nie to samo co przyjaźń. 🙂

Jesiennie – autorka zdjęcia to Magda Wiśniewska – Krasińska

 

Może pisanie jest Twoim sposobem na poprawienie humoru? Chyba że nie pozwalasz sobie na „dołki”? A może nie miewasz dołków?

Jak powiedziałam, miewam, dość łatwo sprawić mi ból, zresztą to tez hormony, jestem w wieku menopauzalnym i jestem z moją meno zaprzyjaźniona, wiem, że czasem po prostu dołek jest pogłębiony hormonami. Nie stosuję HTZ, mam lekki przebieg, da się żyć i niezbyt często „kuca mi” nastrój. Pisanie! Tak bywa jak lek. Czasem po prostu muszę spuścić emocje – stąd mój blog jest taki nierówny, czasem banalny czasem emocjonalny a czasem zdarza mi się ostrość widzenia tego, czy owego. Także kiedy wracam z wypraw muszę spisać taki …raport podróżny. Mój Siwy obiera go w zdjęcia (świetnie fotografuje!) i już mam dla rodziny taka spoooorą pocztówkę z moimi spostrzeżeniami!

z Siwym podczas spływu pontonami na Bali

 

Jaki jest Twój sposób na jesienne przygnębienie, które czasem mimowolnie nas dopada? (Śledzę z uwagą dyniowe wyczyny i inne działania 😉

Ja… Nie miewam jesiennych ani zimowych depresji. Tak mam! Owszem miewam nastroje melancholii kiedy ledwo daję ogarnąć piękno jesieni czy zimy, gdy zachwycają mnie mgły, zachód słońca, grzyb w wilgotnej ściółce, czy ptaki na śniegu, ale to nieszkodliwe. Oczywiście wkurza mnie mus ciepłego noszenia się – te pokłady ciepłych majtek, koszul, swetrów, botków skarpet i płaszczy, wkurza mnie chlapa i zimne błoto, ale ja wiem, że jeszcze trochę (duże trochę albo już coraz mniejsze trochę) i wróci słońce!
Jesień to mój czas, bo jestem jesienną kobietą. (30 września). Lubię zbiory, feerię barw na straganach, przetwory, nalewki. W tym roku Siwy pierwszy raz od daaaawna nastawił wino w balonie, a ja śledzę nowinki i zrobiłam śliwellę i inne tam… O, właśnie! Musze w niedzielę zaproponować rodzinie ognisko z ziemniakami! Bo u nas zalęgła się moja rodzina na stałe – w pokoju na pięterku mają swoje łaszki, książki, zabawki. Nie muszą tego wozić za każdym razem jak są. Ich wizyty to wielka frajda i …antidotum na ew. dołki. Jak ich nie ma, mamy zawsze co robić – czytamy, oglądamy filmy, ja dłubię powieści albo dłubię na drutach, on robi prasówkę albo obrabia zdjęcia, gadamy albo milczymy.
No i wiesz co mnie jeszcze tak trzyma? Ja Go bardzo kocham. Lubię ten stan, i też czuję się bardzo kochana, a to jest sto razy lepsze od czekolady i prozacu! I kiedy popatrzę na Jego siwe, kochane skronie, uśmiechnięte oczy w siateczce zmarszczek patrzące na mnie z niewymowną czułością, myślę sobie że co, tam smutki! Jest dobrze!

Dziękuję bardzo za rozmowę

rozmawiała: Eliza Flaszewska

Małgorzata Kalicińska z wnuczką

2018-03-14T09:01:01+00:00 5 października 2012|Kultura|

Zostaw komentarz