Siedzę na gałęzi i śpiewam. Z Wojciechem Pieniążkiem rozmawia Janina Koźbiel

Ważny dzień mamy dzisiaj, a musi być znaczące, że akurat rozmawiamy; wszystkiego dobrego z okazji urodzin.

Dziękuję. A jest to faktycznie okazja, by spojrzeć za siebie i podsumować te pięćdziesiąt sześć lat. Gdybym chciał się zastanowić na przykład, jak to się stało, że debiutuję dopiero teraz, to musiałbym powiedzieć, że to przede wszystkim konsekwencja jakiegoś poczucia mocy, pewnej pychy, choć chciałoby się rzec, że wysokich wymagań wobec siebie – z jednej strony, a z drugiej –przekonania, że to, co robię, nie jest wystarczająco dobre, by tę pychę nakarmić. Dużo pisałem, jak miałem kilkanaście, dwadzieścia kilka lat, a potem przestałem, bo mi nie wychodziło tak, jak chciałem, a byłem pewny, że potrafię lepiej. I dopiero grubo po czterdziestce zabrałem się za to znów. To był moment, kiedy wydało mi się, że zapanowałem nad własnym życiem. Tak, była w tym równoczesność – zapanowałem nad życiem i nad warsztatem.

 

Dlaczego człowiek sięga po pióro, dlaczego pisze?

A dlaczego Bóg stworzył świat?

 

To potrzeba boskości w człowieku?

Kabaliści odpowiedzieli poniekąd na to pytanie. Bóg bez Stworzenia nie istnieje, Bóg bez Stworzenia to jest nic, niczemu, by zaistniało, potrzebne jest coś, co będzie głosić jego chwałę. Jak nic może w ogóle uświadomić sobie, że jest, jeśli nie wobec jakiegoś coś? Dlatego w pewnym momencie robi wdech, robi w sobie miejsce na owo coś i świat zaczyna istnieć. Z drugiej strony możemy powiedzieć, że nie bez powodu przyprowadził Bóg przed Adama wszystkie zwierzęta i kazał mu je ponazywać. Najwyraźniej potrzebował partnera w tym dziele stworzenia; wtedy zaczęła się rozmowa o dziele, trzeba było to wszystko opowiedzieć. I to jest już ludzkie zadanie.

 

Przekładając to na język bardziej zrozumiały, bo kod kabalistyczny będzie taki nie dla każdego, możemy powiedzieć, że pisarz tworzy ku własnej chwale?

Może niekoniecznie ku własnej, ale jest pewnie jakiś element chwały w sensie uświadomienia sobie własnego istnienia. Autorskie nic musi zrobić wdech i zrobić w sobie miejsce na coś, na nie-ja. To jest rodzaj schizofrenii. Bo w momencie, kiedy pada pierwsze, drugie, trzecie słowo, to już te słowa nie należą do ja, stają się bytem odrębnym, co więcej, ten byt-słowo wchodzi w relację z każdym, kto może je przeczytać.

 

Ten, kto czyta, nakłada na to swoją wiedzę, swoje potrzeby, własne kategorie – filozoficzne, społeczne, religijne. I ocenia się pisarza za wygenerowane z jego dzieła poglądy – jego-niejego?

Ale gdybym miał wystąpić w roli interpretatora własnego działa, to powiedziałbym jak kopista Bartleby: „wolałbym nie”. Każde pytanie, które padnie w naszej rozmowie, najchętniej unieważniałbym tym „wolałbym nie”. Dla mnie ciekawe jest to, co inni mają do opowiedzenia w związku z moim tekstem.

 

Na razie nie zmuszam Pana do autointerpretacji.

To dobrze. Bo kiedy ja biorę książkę, to najmniej mnie interesuje pisarska intencja. Interesuje mnie, jakim to jest napisane językiem, czy to we mnie coś budzi bądź nie budzi, czy mi daje do myślenia, czy daje mi cokolwiek, dokłada do pieca czy nie dokłada. Przeprowadzam z reguły test pierwszej strony – czy test pierwszych dziesięciu stron – i wiem, czy mi się chce tę książkę dalej czytać, czy nie.

 

Na co pan zwraca uwagę w języku?

Na sam język. Przecież to jest jedyna rzeczywistość, która jest nam dana. Rodzimy się, przez jakiś czas otacza nas świat, z którym nie wiemy kompletnie, co robić, jesteśmy w nim bez żadnych narzędzi. I nagle dziwny pstryk, jesteśmy na tym świecie kilka miesięcy i w pewnej chwili zaczynamy mówić, i przechodzimy ze świata doznań bezpośrednich do świata języka. Świat doznań przestaje istnieć. Pozostaje nam język jako jedyny świat.

 

To, że Pan nazywa zjawiska, nie znaczy, że Pan ich nie odbiera bezpośrednio – przez zmysły, intuicję. Wyobraźnią Pan się podpiera.

Zmysły, dotyk, świat wrażeń, ale opowiedziane.

 

Ale to, że Pan wypowiada, nie znaczy, że Pan nie czuje. To nie istnieje równolegle?

Język jest czymś, co nas odróżnia od reszty świata. Nikt nie wmówi mi, że mój pies nie ma emocji i świadomości; wszystko, co wchodzi w relacje z czymś innym, czuje coś, ma jakiś sposób nawiązywania tej relacji. Ale mój pies nie opowie sobie swoich emocji. Mnie potrafi je przekazać, ale nie ma w głowie matrycy, która wszystko, co do niego przypływa, pozwala układać w jakimś porządku, to ja je sobie opowiem. Pies przeżywa emocje, ale ich nie rozumie, bo rozumienie jest opowiadaniem. Brodzki mówił, że język jest mądrzejszy od człowieka, on prowadzi, trzeba go słuchać. Jedyną przewagą dostępną człowiekowi jest to, że może istnieć w języku. Ale jest to też swego rodzaju więzienie. Klatka. My z tej klatki nie potrafimy się wyrwać. Różni mistycy wymyślają sposoby wyjścia z tej klatki, a nawet niektórzy pewnie z niej rzeczywiście wychodzą, ale kiedy przestają być poza nią i chcą to własne doświadczenie bycia poza przekazać, muszą wrócić do języka, czyli do klatki, i dosypują nowych słów do tej góry słów, którą już mamy.

 

Co Pan widzi w języku autorów, których Pan czyta?

Wróćmy może do tej próby pierwszej strony… Jeśli widzę trzy, cztery ewidentne kalki językowe (na przykład bohater „dyszy nienawiścią” albo „żywi nienawiść” – zgroza) czy inne sformułowania, które pojawiają się automatycznie, jako pierwsze, kiedy mówimy czy piszemy, to wiem, że ten człowiek zmagać się z językiem nie chce. On tych prętów klatki nie ma ochoty rozginać. A pisanie polega albo na rozginaniu tych prętów, albo na dorabianiu klucza. (…)

 

Cały wywiad do przeczytania na stronie wydawnictwa: https://www.jankawydawnictwo.pl/wywiady24.html

Zobacz również:

O książce Wojciech Pieniążek „To, co zostaje”

Fragment książki „To, co zostaje”