„Nie wszystkich to samo uszczęśliwia” Z Grzegorzem Gortatem rozmawia Janina Koźbiel (fragm.)

W „Murze” pokazuje Pan agresywne zło. Jest tak, ponieważ jako ludzie mamy okrucieństwo w sobie?

Strasznie trudne pytanie, nie będę ulegał iluzji, że potrafię na nie odpowiedzieć, sam je sobie stawiam. Ale chyba chodzi właśnie o to, aby przy różnych okazjach podobne pytania sobie zadawać. A czy zastanawiamy się nad postacią i wymiarem zła, jeśli czytamy teksty – utrzymane w publicystycznym tonie – o tym, że jakaś wysoka instancja sądowa zdecydowała, czy człowiek może żyć dalej, czy należy go odłączyć od aparatury podtrzymującej życie. Jest to dylemat na tyle symboliczny, że powinniśmy się zatrzymać przy nim dłużej, a nie ferować wyroki dotyczące życia, które samo nie może się bronić. Współczesne czasy przynoszą wiele podobnych pytań. Ale zamiast wczuwać się w ich dramatyzm, zamiast czynić przedmiotem dyskusji i debat, sprowadzamy je często tylko do czegoś w rodzaju politycznego oręża, którym się okładamy, nie próbując wsłuchać się w głos tych, którzy myślą inaczej. Powoli stwarzamy z samych siebie jakąś formę bóstwa.

Powaga tematów, mroczna perspektywa, jaką często Pan w swoich książkach odsłania, wymagają kontrapunktu, złagodzenia wizji. Nie lęka się Pan etykietki pesymisty?

Po pierwsze – wychodzę z założenia, że lepiej się przyjemnie rozczarować, niż tkwić w złudnym przekonaniu, że wszystko jest dobrze. Po drugie – źródłem humoru, a nie tylko przygnębienia, bywają też ludzkie przywary. W „Niekompletności”- o której mówiliśmy wyżej – Wielkich Nieśmiertelnych Ludzi Pióra przywołuję jako byty pozaziemskie, za życia artystycznie spełnione, teraz zasłużenie przebywające w raju. Zamiast jednak smakować sławę, jakiej za życia zaznali, skarżą się jak dzieci… na nudę. Taki wtręt równoważy powagę, pozwala porzucić na moment wysokie tony, daje chwilę oddechu. Swoją drogą, dlaczego w raju jest im nudno? Wciąż przemierzają te same ścieżki, przed oczami mają idylliczne widoki; życie po tamtej stronie nie stawia im wyzwań. Dokuczają wspomnienia; pomnikowy Goethe wciąż na nowo przeżywa niespełnioną miłość starca do siedemnastoletniej Ulryki von Levetzow. Kafka zmaga się z awersją do własnego ciała, zmienionego na skutek choroby. Zawsze dbał o tężyznę fizyczną – regularnie uprawiał gimnastykę, dźwigał hantle, kajakował, pływał… Znużeni monotonią rajskiego życia, wolni od prawdziwych problemów, Goethe, Kleist, Kafka kłócą się między sobą. Márai jak zwykle stara się być arbitrem.

Złagodzenie może przynosić dziecięce spojrzenia na problem, w „Złej krwi” lub – ostatnio – „Moim cudownym dzieciństwie w Aleppo”?

Nie jestem pewny, czy możemy mówić o „złagodzeniu”, jeśli wojna pokazana jest przez pryzmat odczuć dziecka. „Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo” to, w dużym skrócie rzecz ujmując, forma oskarżenia kierowanego do dorosłych. Oskarżenie brzmi szczególnie surowo w ustach dziecka, jak w scenie z trzyletnim Tarikiem, który w czasie kolejnego bombardowania niespodziewanie pyta rodziców, z czego się robi bomby. „Dlaczego pytasz” – duka zaskoczony tata. „Bo to coś, z czego robi się bomby, może kiedyś się skończy” – odpowiada Tarik. Pisząc o Aleppo, nie chciałem epatować okrucieństwem; chciałem przede wszystkim umożliwić młodszym jak i dorosłym czytelnikom zajrzenie w głąb samych siebie. Już po napisaniu tej książki zdałem sobie sprawę, że impulsem do jej powstania był ten dług emocjonalny, spłacany Korczakowskiej wizji świata; świata sprawiedliwego, który Korczak chciał budować, oraz świata zastanego, w którym dzieciom kładzie się na barki zbyt wielki ciężar. Tak jak w Aleppo. Chciałem wzbudzić silne emocje; pozytywne, ale też i takie, które będą leżeć kamieniem na sumieniu. Ale nie chciałbym, aby książka stała się bronią ideologiczną w jakichkolwiek politycznych dysputach.

Uważa się Pan za buntownika czy jest typem pogodzonym ze światem?

Czy musi pani stawiać takie trudne pytania?

Muszę. Pan wie, że nie wydajemy książek przypadkowych.

Wychowałem się w domu, w którym panował konserwatyzm religijny. I przeciwko takiej postawie wcale się nie buntuję. Ale stawiam sobie pytania, na które zwyczajowe odpowiedzi konserwatywne nie zawsze wystarczają. Ten konserwatyzm – jak ja go pojmuję – nie może być drogą, którą idzie się bez patrzenia na prawo i lewo, bez oglądania się na innych. Nie może nie stawiać pytań o to, na ile ważna jest idea, a na ile ludzie. Dla mnie ważniejsi od ideologii są ludzie. Nie możemy zalecać wszystkim jednakowych postaw, nie wszystkich bowiem to samo uszczęśliwia i nie wszyscy chcieliby żyć według tych samych zasad. Musimy też się pogodzić z myślą, że nie wszystko, co sobie wymarzymy jako jednostki, da się zrealizować, ogranicza nas bowiem – i słusznie – właściwie pojmowane dobro ogółu. Rozchwiany świat potrzebuje harmonii.

Zwłaszcza że stał się globalny.

Ale mimo tej globalności stał się też hermetyczny. Choć możemy przekazywać informacje w ciągu sekund, to nie dzielimy się głębszymi uczuciami; bezkrytycznie poddajemy się wciąż nowym – nie zawsze służącym ludziom – normom. Znamienne, że jedno z mediów społecznościowych, mające służyć wymianie myśli, ogranicza nasze wpisy do tylu a tylu znaków.

Dziękuję za rozmowę.

 

Cały wywiad do przeczytania na stronie wydawnictwa.

http://jankawydawnictwo.pl/gortat.html