Fragment powieści „Czego pragnie Maryla” 2012-05-24T08:06:40+00:00

Maryla

Mam dwadzieścia osiem lat, na imię Weronika i ciało bogini. Jestem wschodzącą gwiazdą sceny teatralnej. Mój chłopak – znany, utalentowany reżyser – od rana do wieczora wodzi za mną wzrokiem zakochanego spaniela. Właśnie wybieramy się w długą, fascynującą podróż po Indiach i Azji. Mówię biegle po angielsku, włosku, hiszpańsku i katalońsku, uczę się perskiego, a moje pasje to freeride, backpacking, fitness joga, dancehall i medytacja transcendentalna. Mam mnóstwo przyjaciół i żyję bardzo intensywnie, ale czasami potrzeba mi po prostu ciszy i wtedy uciekam do mojej hacjendy w Andaluzji…
No dobra, żartowałam. Tak naprawdę – niedługo skończę trzydzieści trzy lata. Podejrzewam u siebie cholerną nadwagę, noszę okulary i mam na imię Maryla. Nie uprawiam żadnego sportu od piętnastu lat, za to codziennie sobie obiecuję, że zapiszę się na basen i fitness. Ostatnie sukcesy odniosłam w drugiej klasie szkoły podstawowej, kiedy wygrałam temperówkę w konkursie recytatorskim. Marzyłam o tym, żeby być aktorką, ale pracuję jako suflerka w teatrze, tak wyszło. Mam dziwne nawyki i fobie… na przykład za nic nie usnę bez sfatygowanego misia koala z dzieciństwa. Nie mam chłopaka. Najdłuższy związek, jaki zaliczyłam, to sto pięćdziesiąt pięć dni i osiem godzin, a zakończył go SMS o treści „Nie wyrabiam, nie gniewaj się, ale może wrzućmy na luz?”, który przyszedł o czwartej nad ranem. I jeszcze jedno. Nigdy się nie dowiedziałam, kim jest mój ojciec, a matka, która jest psychiatrą, po prostu marzy o tym, żeby nafaszerować mnie prozakiem. Za to moja babcia jest celebrytką. Czy może być gorzej?

– Maryla! Kurwa żeż mać, co z tobą, do jasnej cholery! – ktoś mi zasyczał do ucha.
Wytarłam ucho i obejrzałam się. Czerwony na twarzy Mieczysław, nasz inspicjent, boleśnie szarpał mnie za ramię. Siedziałam za kulisami, skurczona przy małym, kulawym stoliczku – nikt go nie wymienił, bo i po co, wszyscy i tak wiedzą, że kultura jest niedoinwestowana. Przede mną leżał tekst trwającej bite trzy godziny (bez przerwy) sztuki pióra duńskiego pisarza Hansa Cecila Aarestraeupa czy jakoś tak. Praca przy tym spektaklu odbierała mi apetyt, co było okolicznością dość sprzyjającą w mojej podjazdowej walce z nadwagą. Wyprostowałam się i rzuciłam okiem na scenę, gdzie w strasznych konwulsjach miotała się gwiazda naszego teatru, Helena. Była bez majtek. Nad nią stał piękny Waldek, nasz czołowy amant, któremu wydaje się, że jest Marlonem Brando – jednak niestety dla niego, a szczególnie dla widzów, nie jest. Za to ma za sobą długą i usianą cierniami karierę. Waldek wpatrywał się w Helenę tak intensywnie, że na czole nabrzmiały mu żyły.
– Jesteś tłukiem! – wrzeszczał. – Ten twój cały wykoncypowany przez ciebie świat się wali! Ten twój pierwiastek estetyczny, i co? I co?
Odpowiedzi nie było. Facet powtarzał się, jak zdarta płyta, krzycząc histerycznie:
– I co? I co?!
Spojrzałam na Helenę, w jej oczach była rozpacz. Zaczęła iść na czworakach w moim kierunku. No tak, znowu zapomniała tekstu. Jak się chleje tyle wódy i Bóg wie czego jeszcze, trzeba się liczyć z tym, że komórki w mózgu po prostu znikają jedna po drugiej. Wy-pa-ro-wu-ją. Bły-ska-wicz-nie. Wstałam zza stolika, pochyliłam się w jej stronę i zaczęłam podrzucać tekst:
– Ty oszuście. Zawoalowane, ukryte, zniweczone drgnienia mojej skołatanej duszy…
– Ty oszuście!!! – zawyła Helena. – Zawoalowane, ukryte, zniweczone drgnienia mojej skołatanej dupy…
Przeżegnałam się szybko i zamknęłam oczy.

Teatr i okolice

Tej premiery nigdy nie zapomnę. Nasza scena, najbardziej snobistyczna w mieście, została ośmieszona, i to ja się do tego przyczyniłam – usłyszałam od Szekspira, szacownego dyrektora teatru, który nerwowo chodził po swoim gabinecie, przeczesując palcami przyprószoną siwizną grzywę. Następnie, w trakcie długiej przemowy, Szekspir dał mi do zrozumienia, że:
a) od dawna mnie obserwuje i nie mam w sobie dość entuzjazmu,
b) moja dykcja pozostawia wiele do życzenia,
c) nic mi nie pomoże, że moja babcia jest celebrytką i wszystkich zna,
d) smutny wniosek sam się nasuwa – moja posada jest poważnie zagrożona.
Wróciłam do domu dobrze po północy. Mimo że było tak późno, otworzyłam butelkę wina. Odczuwałam nieodpartą potrzebę upicia się do nieprzytomności. Tak, dobrze wiedziałam, co to jest kac, ale w tym momencie naprawdę nie miało to znaczenia. Upiłam pierwszy łyk wina, przymykając oczy. Ups! Zanim zdołałam się choć odrobinkę rozluźnić, moja komórka zamiauczała. Ten dźwięk wgrałam do telefonu i przypisałam do numeru Kocurka, czyli mojej matki – wielbicielki i kolekcjonerki kotów. W tej chwili ma ich około sześciu, o ile się nie pogubiłam, bo liczba jej kotów wciąż się zmienia i faluje… zresztą jak wszystko we wszechświecie.
– Cześć, kochanie, co robisz?
– Właśnie wróciłam z pracy, o mało mnie nie wylali. Ta kretynka, Helena, plotła na scenie kompromitujące bzdury i Szekspir oczywiście zwalił winę na mnie.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła długa cisza.
– Słuchaj, Marylko, musimy porozmawiać.
Serce mi kołatało, a mój oddech niebezpiecznie przyspieszył. Rozmowa z Kocurkiem oznaczała kłopoty. Kłopoty z tożsamością, oczywiście moją.
– Tak, a o czymś konkretnym? – rzuciłam lekko.
– O tobie, córeczko. O twoim życiu… – (chwila milczenia) – nie mówię o ambicjach zawodowych, bo w twoim wypadku… – (ciężkie westchnienie) – …no cóż, spuśćmy zasłonę milczenia.
– Ale… ja przecież mam ambicje… ­– próbowałam zaprotestować. – Całe mnóstwo ambicji…
Kocurek wszedł mi w słowo, dokopując mi z jakąś chorą satysfakcją:
– Aktorką nigdy nie będziesz, jesteś za słaba psychicznie. Ale… – (kołatanie serca koszmarnie się nasiliło) – …powinnaś być już CO NAJMNIEJ krytykiem teatralnym. Nie mówiąc o doktoracie. W twoim wieku niektórzy już robią habilitację.
Nieświadomie zacisnęłam pięści. Kocurek kontynuował, pełen troski o swoją nieudaną córkę:
– W podstawówce całkiem nieźle pisałaś, ale talent trzeba rozwijać. Trzeba mieć motywację, ciężko nad sobą pracować… – Matka ze smutkiem zawiesiła głos, a ja podjęłam żałosną próbę zakończenia rozmowy.
– Jestem padnięta. Przed chwilą wróciłam z pracy i…
– Nie rozumiem, córeczko, powinnaś być KIMŚ, masz świetne geny. Naprawdę się o ciebie martwię. Jak sobie wyobrażasz swoją dalszą zawodową karierę? A co będzie z emeryturą? Powiedz, co z tobą jest NIE TAK?
– Poproszę o inny zestaw pytań – wybąkałam.
Na to ostatnie pytanie naprawdę trudno byłoby mi odpowiedzieć. Bo gdzieś tam, w najgłębszych zakamarkach swojego mózgu od dawna podejrzewałam, że faktycznie coś ze mną jest NIE TAK. Tymczasem Kocurek powoli się rozkręcał.
– Jesteś coraz starsza… przykro mi to mówić, ale powiedzmy to sobie wprost: ostatnio bardzo się roztyłaś i jesteś dość… zapuszczona. W ogóle o siebie nie dbasz. Czasami mam wrażenie, że twoje włosy dawno nie widziały szczotki. A przecież jesteś KOBIETĄ. Spójrz na swoją babcię. Ma prawie siedemdziesiąt pięć lat i nie wyjdzie z domu bez manikiuru i pedikiuru.
Łyknęłam wino z gwinta, oblewając przy tym swoją najlepszą bluzkę, a matka ciągnęła dalej smutnym, załzawionym głosem:
– Prawda jest taka, że nie podobasz się facetom, nie wiem… może dlatego, że jesteś kompletnie pozbawiona wdzięku?… Ale to jeszcze nie jest powód, żeby się załamywać. Uwierz mi, że seksapil można w sobie wypracować, Marylko. TRZEBA TYLKO CHCIEĆ. A tobie się nie chce. Proszę cię na wszystko, nie bądź taką życiową abnegatką. Pamiętaj, z jakiej rodziny pochodzisz… Twoja prababcia, feministka i wybitna pisarka, miała adoratorów na pęczki i napisała siedem niezłych książek.
– Chyba nikt ich nie czytał – wtrąciłam.
– Ja czytałam, i ty też powinnaś – odparował Kocurek. – Poza tym kim ty jesteś, żeby krytykować prababcię?
Właśnie, kim ja jestem, do cholery? I co się ze mną dzieje? Usiadłam ciężko na kanapie, próbując uspokoić oddech i wymyślić jakąś w miarę inteligentną odpowiedź, a tymczasem Kocurek ciągnął z podejrzanym ożywieniem:
– Nie bądź taka… rozmemłana. Weź się w garść, Marylko, musisz kontynuować dobre tradycje w rodzinie. Spójrz na swoją babcię, spójrz na mnie… No i spójrz na siebie – zakończyła matka grobowym głosem.
Upiłam jeszcze jeden łyk wina. Porządny.
– Co ty tam łykasz? – zainteresowała się. – Chyba nie alkohol? Masz bardzo słabą strukturę psychiczną, skłonną do uzależnień. Wiem, co mówię, kochanie. Uważaj, uważaj na siebie, słonko. Niedawno jeden z moich byłych pacjentów popełnił samobójstwo. Przerwał terapię, odstawił lekarstwa. Znaleźli go po dwóch tygodniach… straszny widok. A ja już od dawna z wielkim niepokojem rozpoznaję u ciebie klasyczne symptomy depresyjno-maniakalne.
– Jakie znowu maniakalne? – zaprotestowałam słabo.
– Jak to, już zapomniałaś? A ten wypad na narty z ćpunem? Którego na dodatek wywlokłaś z jakiejś podejrzanej speluny? Cud, że to się nie skończyło HIV-em. Albo czymś jeszcze gorszym. Kobieta powinna się szanować.
– To wcale nie speluna, lecz najmodniejszy klub w mieście. Poza tym Dominik to nie żaden ćpun, tylko normalny facet, informatyk. Projektuje gry komputerowe – próbowałam z nią nieudolnie polemizować.
Ten cholerny Dominik! Poznałam go w klubie, na koncercie afrojazzowym rok temu. Koncert był rewelacyjny, a Dominik wydawał się uroczy. Chwila nieuwagi i… stało się. Może nie zakochałam się bez pamięci, może się tylko zadurzyłam? W każdym razie przestał mi być obojętny. Chodziliśmy ze sobą, jak już wspominałam, sto pięćdziesiąt pięć dni i osiem godzin. Związek z Dominikiem wydawał się obiecujący… nawet pojechaliśmy na narty do Słowacji. Nauczyłam się jeździć pługiem, opiłam grzanego wina i w sumie było wesoło, bo Dominik okazał się całkiem zabawnym facetem. Tuż po powrocie diametralnie zmieniłam o nim zdanie, kiedy zerwał ze mną za pomocą pokrętnego SMS-a i szybciutko wrócił do swojej byłej dziewczyny.
– Nie rozśmieszaj mnie – zarechotała matka nieprzyjemnie. – Najmodniejszy klub? Obskurna tanc­buda z zasikaną podłogą, gdzie w toalecie dzieci wstrzykują sobie heroinę, a pryszczate nastolatki na dopalaczach podrygują w rytm ogłuszającego łomotu. Wiem, co mówię. Martynika tam była. I powiedziała, że dno. Bo to nie jest miejsce dla osób z klasą, takich jak ona.
– Chcesz powiedzieć, że ja nie mam klasy, tak? – spytałam zaczepnie.
– Ależ skąd, nic takiego… jesteś przewrażliwiona. Dlaczego wszystko bierzesz do siebie?
Martynika to córka jej przyjaciółki, Teresy. Jest blondynką, ma figurę i twarz modelki, zrobiła doktorat z socjologii i mieszka w Szwecji, gdzie wyszła bogato za mąż. Czasem mam wrażenie, że gdyby to było możliwe, Kocurek podmieniłby się z Teresą na córki. Zamiast tego wciąż słyszę niekończące się wstawki o Doskonałej, Nieskazitelnie Pięknej Martynice i jej wybitnych zdolnościach. I oczywiście o tym, jaką to Martynika jest idealną córką. Martynika to, Martynika tamto, Martynika powiedziała, Martynika była, Martynika kupiła… rzygam tą całą Martyniką.
– A propos, znasz ostatnie wieści? Martynika jest w ciąży. I będzie miała bliźniaki! Wyobrażam sobie, jakie piękne będą dzieci, ona jest zjawiskowa, a ten jej Olaf też superprzystojny, wygląda jak James Bond, poza tym jest wybitnym intelektualistą, wykłada na uniwersytecie w Uppsali filozofię… – (ciężkie westchnienie) – Wiesz, że kupili nowy dom pod Sztokholmem, nad zatoką? Wyślę ci zdjęcia. Martynika zaprojektowała dla swojej matki pokój z jacuzzi i oknem panoramicznym… Tak, niektórzy to mają szczęście do dzieci… – (po chwili ponurego milczenia): – A wracając do twojego żałosnego romansu, to bardzo się cieszę, że okazałaś się mądra i pogoniłaś tego dupka, niedoszłego informatyka, w cholerę. Chciał się wkręcić do rodziny, cwaniaczek.
Gdy się rozłączyłam, to już nawet upić mi się nie chciało. Mdliło mnie i miałam przygnębiającą pewność, że jestem beznadziejna, rozmemłana, a moje smętne, nędzne życie to jakaś totalna pomyłka. Czułam się tak, jakby Kocurek przepuścił mnie przez wyżymaczkę kilka razy, tam i z powrotem. I został ze mnie żałosny strzęp człowieka, porcja ohydnej kaszanki w najpodlejszym gatunku. Czułam, jak moje poczucie wartości dołuje gwałtownie… jest już blisko dna i zaraz, za moment dojdzie do katastrofy. Postanowiłam więcej o tym nie myśleć – wzięłam szybki prysznic, aspirynę i runęłam do łóżka, przykrywając głowę kołdrą. Wzięłam w objęcia starego, poczciwego misia koalę i zamknęłam oczy. Cholera z tym wszystkim!
(…)